O zdradzie mówić w Polsce nie wypada. To pojęcie nieprawomocne i kłopotliwe.

Wypada się zastanawiać, czy przypadkiem zdrajcą nie był płk Kukliński, natomiast nie wolno w żadnym razie sugerować, że zdrajcą był Stanisław Jerzy Lec, entuzjastycznie popierający wraz z kolegami zabranie Polsce Lwowa po ataku Armii Czerwonej w 1939 r., lub gen. Jaruzelski, wprowadzający stan wojenny, lub Tusk z dworem i klakierami robiący niesłychane rzeczy po Smoleńsku.

Nieprawomocność słów „zdrada” i „zdrajca” w powszechnie akceptowalnym języku pokazuje, że jesteśmy narodem peerelowskim, tzn. takim, który z PRL wyrósł i który ma w nim swoje prawdziwe źródła. Nie wolno nam PRL szargać. Można się z niego śmiać, można kąsać, można krytykować, ale nie wolno się odcinać. Nic zatem, co PRL stworzyło – w rodzaju kolaboracji z okupantem sowieckim we Lwowie czy komunistycznego panteonu składającego się z Berlinga, Świerczewskiego itd. – nie kwalifikuje się do zdrady.

O Bierucie można napisać, że był łajdakiem i sowieckim funkcjonariuszem, lecz nie można powiedzieć, że był zdrajcą. Samo porównanie tych ludzi do Targowicy budzi opór.

„No nie – wielu powie sobie w duchu – przecież to przesada; wszak odbudowywano wtedy stolicę, zrobiono reformę rolną, a liczni Polacy do tej pory nucą, że na lewo most, na prawo most, a środkiem Wisła płynie”. Ale właśnie taka myśl nie tylko udowadnia, że jesteśmy narodem peerelowskim, lecz że nadal tę peerelowskość w sobie kultywujemy.

III RP, która wyrosła z historycznego kompromisu z komunistami, nie może – pod groźbą ideologicznego samounicestwienia – pozwolić na używanie pojęcia zdrady. Pomaga jej w tym zresztą język liberalnej demokracji, w którym słowo „zdrada” także nie istnieje. Ten język uczy nas, że mamy rozmaite prawa, z których korzystamy. I tak Tadeusz Kościuszko skorzystał ze swoich praw, a Ksawery Branicki ze swoich. Biskup Józef Kossakowski także skorzystał ze swoich praw w Warszawie, podobnie jak hetman Szymon Kossakowski w Wilnie, co może nam się podobać albo nie, ale publiczne powieszenie obu w ich miastach należy zdecydowanie potępić. A poza tym trzeba zawsze pamiętać o kontekście, który zrzuca część odpowiedzialności z człowieka, tak jak kontekst zrzucił sporą część odpowiedzialności z Heleny Wolińskiej i Stefana Michnika. Czepianie się ich stanowi deptanie ich godności. W języku liberalnej demokracji oskarżenie kogoś o zdradę, choćby najbardziej uzasadnione, znacznie bardziej obciąża oskarżyciela niż oskarżonego.

Zdradę unieważnia też dzisiejsza postpolityka. Weźmy choćby zarzut zdrady wobec Donalda Tuska z powodu Smoleńska. Pojawia się oskarżenie, po którym natychmiast publikowane są sondaże pokazujące, że większość Polaków właściwie premiera popiera, a poza tym premier ładnie się prezentuje na tle błękitu i ostatnio dobrze przygadał pisowcom; to nie to, co straszny Kaczor, który dzieli Polaków, mówi o Tusku, że stoi tam, gdzie ZOMO, a na dodatek prezes wrednie czepia się Merkel. Do tego dochodzi jeszcze medialny chór błaznów na pomieszanie złego i dobrego, składający się z pożal się Boże dziennikarzy i pożal się Boże profesorów, którzy to, co słuszne, przyklepią, to niesłuszne potępią i obśmieją. Po tym wszystkim każdy, kto zaczyna mówić o zdradzie, zaczyna się czuć głupio. Gdyby Ksawery Branicki i obaj Kossakowscy mieli takie możliwości medialne i piarowskie, to do tej pory zaśmiewalibyśmy się z tych wszystkich głupich oskarżeń, jakie przeciw nim formułowano.

Co zatem można zrobić, by przywrócić język i świadomość zdrady. Grzechem pierworodnym jest zaniechanie traktowania narodzin PRL w kategoriach zdrady. Jeśli nie potępiamy Leca i jego kolegów piszących do bolszewickich gadzinówek w okupowanym Lwowie, jeśli zdrajcami nie byli Bierut, Wasilewska i ich towarzysze, jeśli o zdradę nie możemy oskarżać Jaruzelskiego, to jak tu oskarżać o nią Tuska, którego sami wybraliśmy (no, może nie wszyscy z nas) i który tak pięknie mówił niedawno o tym, że w Europie powinno być więcej Europy.

To pośrednie rozgrzeszenie PRL sprawiło, że różne rzeczy w polityce nie mają już dla nas właściwych proporcji, bo przyzwyczailiśmy się do tego, że nie ma czegoś takiego jak właściwe proporcje. Nie wiadomo nawet, co to jest Polska, a nawet przychodzi nam na myśl, że może lepiej w ogóle o niej nie mówić, bo zbytnie nią zaabsorbowanie grozi wskrzeszeniem demonów polskiego patriotyzmu. Mówiąc najprościej, moralne rozgrzeszenie PRL sprawiło, że nasze myślenie o nas samych straciło powagę. A bez przywrócenia powagi myśleniu o Polsce i o polityce zarzut zdrady zawsze będzie się spotykał z tępym niezrozumieniem, wzgardliwym wzruszeniem ramion lub głośnym rechotem coraz liczniejszej i coraz butniejszej gawiedzi.



Tekst prof. Ryszarda Legutki to kolejny głos w dyskusji o zdradzie. Wcześniej na łamach "Gazety Polski Codziennie" pisali na ten temat:
- Ryszard Czarnecki
- Zdzisław Krasnodębski
- Tomasz Sakiewicz
- Andrzej Zybertowicz