Koszulka "RUDA WRONA ORŁA NIE POKONA" TYLKO U NAS! Zamów już TERAZ!

Tereny popowodziowe wciąż walczą ze skutkami żywiołu. Tymczasem rządowa biurokracja mnoży absurdalne pytania

Pół roku po powodzi, jaka nawiedziła południowo-zachodnią Polskę we wrześniu 2024 roku, wiele wsi i miasteczek nadal przypomina wielki plac budowy. Choć etap sprzątania po wielkiej wodzie jest już zamknięty, infrastruktura miejska, a także wiele budynków i lokali, ciągle wymaga remontu. Tymczasem urzędnicy z Warszawy mnożą absurdalne pytania.

Kłodzko podnosi się po powodzi z września 2024.
Kłodzko podnosi się po powodzi z września 2024.
Urząd Miasta w Kłodzku - Facebook/Kłodzko/UMK

Włodarze zalanych miejscowości przewidywali, że dopiero z nadejściem wiosny będzie można ruszyć pełną parą z remontami. Powodem opóźnień była zimowa aura, które utrudniała lub w ogóle uniemożliwiała wysuszenie murów, tak aby możliwe było przystąpienie do prac wykończeniowych. Dotyczyło to zarówno nieruchomości prywatnych jak i tych pozostających w zarządzie gminy. Jak się jednak okazało, nastanie ciepłych dni nadal nie rozwiązuje kłopotów dotyczących odbudowy.

Z remontami nie można się spieszyć

Rafał Tobiasz, który zawodowo działa w branży budowlanej, przyznaje że zainteresowanie remontami jest duże. Gorzej z wydajnością: choć ma wolne terminy, trudno o siły przerobowe. Czasami zaś odmowa podjęcia zlecenia podyktowana jest warunkami i ekspercką wiedzą.

W mojej wiosce, w Gorzanowie, gdzie znajduje się mój dom - swoją drogą również zalany podczas powodzi - mury domów są ciągle jeszcze mokre. Mierzyłem u siebie poziom wilgotności specjalnym sprzętem, którym dysponuję. Nadal jest mokro. U sąsiadów po murach widzę to samo

– wyjaśnia ekspert.

Tłumaczy, że jeśli budynki postawione były ze starych, poniemieckich cegieł, będą schły bardzo długo. Jeśli użyto nowszych materiałów, możliwe jest, że lada chwila ściany okażą się suche.

Zdarza się, że część osób z pomocą ekip remontowych lub wolontariuszy już wytynkowała swoje nieruchomości. Tyle że obecnie problemom w takich lokalach nie ma końca: wychodzą a to plamy, a to pleśń... A przecież nawet z zewnątrz widać, że ściany są mokre. Przez minimum dwa lub trzy, może cztery lata, mieszkańcy takich budynków będą się borykać z problemem wilgoci. Przez pospieszenie się z remontem zatynkowali i zaszpachlowali całą wilgoć w murach. To będzie im bardzo długo wychodzić ze ścian. Niektórzy decydują się zakryć te mokre mury deskami. To ogromny błąd!

– przestrzega Rafał Tobiasz.

Dodaje, żeby uważać na ekspertów, którzy bez mrugnięcia okiem wykonają zleconą pracę, ignorując przy tym zasady technologii budowlanej i znajomości pracy z budynkami mokrymi po powodzi.

Ekipy budowlane wykorzystują sytuację po powodzi

Okazję do zarobku zwęszyło wiele ekip budowlanych. 

"Z cenami jest różnie. Rozmawiam czasem z tynkarzami, z którymi chciałem współpracować. Jeśli chodzi o ceny położenia tynku, to ceny dla Polski średnio wynoszą ok. 45 złotych za metr kwadratowy. Natomiast te dwie firmy, z którymi rozmawiałem, wyskoczyły mi z cenami 60 - 65 zł za metr kwadratowy. Dodali, że cena dodatkowo zależy od krzywizny tynkowanej powierzchni, więc cena może dojść nawet i do 70 złotych za metr kwadratowy. To już jest wykorzystywanie sytuacji" - mówi portalowi niezalezna.pl Rafał Tobiasz.

Jego wersję potwierdza burmistrz Kłodzka, Michał Piszko, bowiem problemy dotyczące odbudowy dotykają nie tylko mieszkańców, ale i samorządowców, którzy dysponują na cele odbudowy środkami publicznymi.

Wykonawca, który wykonuje zlecenie dla Wód Polskich, również nam złożył ofertę na odbudowę części ulicy Dworcowej. Tylko że okazało się, że ona jest o milion złotych większa, niż przewiduje nasza dokumentacja projektowa z tego miesiąca! Nie chcę płacić tej bańki więcej, bo wiem, że to jest zwyczajne zdzierstwo. Inny podmiot, zapytany o wycenę prac, zaproponował nam ofertę o wiele bliższą przewidywanego przez nas kosztorysu. Rozumiem, że każdy chce zarobić, no ale bez przesady! Dlatego najprawdopodobniej otworzę przetarg publiczny na to zlecenie

– zapowiada Piszko.

Dodaje, że mógłby wyłożyć wspomniany milion i w ten sposób przyspieszyć prace o dwa lub trzy miesiące, bo środki ma zabezpieczone w budżecie. "To są jednak pieniądze publiczne, a ja chcę mieć czyste sumienie" - deklaruje burmistrz.

Gospodarz Kłodzka, zapytany o to, czy docierają do niego sygnały dotyczące problemów z dostępnością ekip budowlanych, przytakuje.

Jest straszny problem z ekipami remontowymi. Sam znalazłem tylko dwie, które remontują dla mnie mieszkania z zasobu komunalnego. Na szczęście wystarczyło mi środków pomocowych na remonty, a te dwie firmy, które znalazłem, były na tyle rozsądne, że nie narzuciły mi wygórowanych cen. Ale wiem też, że jeśli chodzi o sektor stricte prywatny, a ktoś chce sobie wyremontować mieszkanie, to ceny są o 40, 50 czy nawet 60 procent wyższe niż przed powodzią

– twierdzi Piszko.

Kłodzko: nowe eldorado dla flipperów?

Burmistrz Kłodzka zwraca uwagę na kolejne ciekawe zjawiska, dotyczące rynku nieruchomości, które zaczynają mieć miejsce po powodzi. Wedle jego spostrzeżeń, ceny najmu  mieszkań skoczyły od powodzi aż o 30 - 40 procent. 

Jeszcze ciekawiej rzecz się ma z rynkiem zbytu mieszkań najbardziej doświadczonych przez powódź.

Ludzie sprzedają też swoje zalane mieszkania. Na przykład na ulicy Malczewskiego, na zalanym osiedlu, zdarzały się sytuacje, że mieszkania będące spadkiem  a to po babci, a to po cioci - należały do osób mieszkających na co dzień w Warszawie czy we Wrocławiu. Takie mieszkania, które przed powodzią warte były ok. 390 tys. złotych, dzisiaj sprzedawane są nawet po 80 - 90 tys. złotych

– informuje Piszko.

Dodaje, że właściciele spoza Kłodzka mają po dziurki w nosie remontów, problemów i sprzątania, dlatego chętnie pozbywają się kłopotliwych nieruchomości. Interes już zwęszyli flipperzy, którzy chętnie skupują wymagające remontu lokale po tak atrakcyjnych cenach. Choć dziś takie ceny mieszkań w miejscowości chętnie odwiedzanej przez turystów wydają się być mało prawdopodobne, wyjaśnienia burmistrza nie pozostawiają wątpliwości.

A skąd to wszystko wiem? Bo ciągle obowiązuje dość niemądry przepis traktujący o tym, że burmistrz czy wójt ma prawo pierwokupu na terenie gminy. To rozwiązanie, które weszło na mocy ustawy powodziowej 2.0. Miało na celu zabezpieczenie mieszkań na potrzeby powodzian. Ani razu nie skorzystałem z tego przywileju, a podpisałem już chyba ze sto rezygnacji z prawa pierwokupu

– wyjaśnia burmistrz.

Zabójcza warszawska biurokracja i urzędnicy bez wyobraźni

Michał Piszko denerwuje się też niezrozumieniem urzędników z Warszawy, z którymi załatwia sprawy dotyczące rozliczania pomocy finansowej oraz wszelkich dotacji na odbudowę zalanego miasta. Jak przypomina, straty w Kłodzku wycenione zostały na 185 mln złotych. Tuż po przejściu wielkiej wody nie wiadomo było, w co najpierw ręce włożyć.

Rozliczam się jeszcze z tych pieniędzy, które otrzymaliśmy na usuwanie skutków powodzi. To było 29 milionów 600 tys złotych. Mamy z tym, przyznam, jeszcze nieco problemów, bo urzędnicy w Warszawie patrzą na naszą sytuację zza biurka. Momentami trochę się denerwuję

– przyznaje Piszko.

Co budzi wątpliwości warszawskich urzędników? Koszty usług holowania pojazdów, przywrócenia dostępności komunikacyjnej czy przywrócenia dostępności terenów zalanych, wymienionych na fakturach.

Przecież wiadomym było, że kiedy wielka woda naniosła mnóstwo mułu i brudu na drogi, to nie mogę tego tak zostawić. Muszę zapewnić możliwość poruszania się po drogach. To oznacza wynajęcie spychacza, który ten brud zepchnie, a potem muszę znaleźć i zapłacić komuś, kto ten bałagan stąd wywiezie. Mamy też udokumentowane zdjęciami, że kiedy powódź przyniosła ze sobą wrak samochodu, to trzeba było go odholować. Mamy na to dokumentację projektową, dostarczyliśmy też zdjęcia, a urzędnicy wymagają dodatkowo opisówki

– zżyma się burmistrz.

Podobnych absurdów jest jednak więcej.

"Najbardziej jednak  rozśmieszyła mnie prośba, żeby napisać uzasadnienie do zadania odtworzenia oznakowania pionowego. Spotkałem się z takim zarzutem, że to się robi w ramach aplikacji o odbudowę. Pieniędzy na odbudowę to ja jeszcze nawet nie ruszyłem ani nawet nie zleciłem wykonywania zadań, które mają być z nich sfinansowane. A zlecić odtworzenie oznakowania dróg, żeby kierowcy wiedzieli, jak się po Kłodzku poruszać, po prostu musiałem. To się równa postawieniu znaków drogowych" - wzdycha Piszko.

Jednym z bardziej kuriozalnych biurokratycznych wymogów, z jakimi zetknął się burmistrz Kłodzka, był jednak zarzut... o zabezpieczenie barierami mostu uszkodzonego przez wielką wodę.

Na miłość boską! Jeżeli na moście straciłem wszystkie bariery, to pierwsze, co muszę zrobić, żeby go doprowadzić do stanu przejezdności i by umożliwić ludziom bezpieczne poruszanie się nim, to muszę zamontować bariery. Nie chcę takiej sytuacji, jaka zdarzyła się w Lądku Zdroju tuż po powodzi, że jakiś kuracjusz spadł z mostu i się zabił. Właśnie dlatego, że tamten nie był zabezpieczony!

– łapie się za głowę burmistrz Kłodzka.

Wyjaśnia, że urzędnicy oczekiwali, iż opisywane bariery powinny być sfinansowane już z tych pieniędzy na odbudowę, a nie z funduszu na usuwanie skutków. W takim jednak wypadku burmistrz musiałby czekać z podjęciem działania kilka miesięcy.

"Myślę, iż lepiej byłoby, gdyby warszawscy urzędnicy po prostu tu przyjechali, zostali przez jakieś dwa tygodnie i zobaczyli na żywo, jak tu wygląda sytuacja, a nie zadawali takie pytania i dokładali nam roboty" - zakończył Michał Piszko.

Kwestii koordynacji procesu podnoszenia terenów popowodziowych w ruiny - czy to ze strony ministra ds. odbudowy, Marcina Kierwińskiego, czy też na szczeblu rządowym - burmistrz nie komentuje.

 



Źródło: niezalezna.pl

#powódź #Kłodzko #odbudowa

Joanna Grabarczyk