Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Wyrok na pacjentów. W ochronie zdrowia wracają limity

Lekarze, pielęgniarki i położne właśnie wywalczyli podwyżki. W tym samym czasie tylnymi drzwiami wracają – zniesione przez PiS – limity w ochronie zdrowia. „Gazeta Wyborcza” mówi wprost, że to efekt spotkania minister zdrowia i najważniejszych urzędników NFZ z premierem Donaldem Tuskiem. Eksperci już alarmują, że pieniędzy zabraknie na mnóstwo świadczeń i dla wielu pacjentów.

Po długich bojach personel medyczny może cieszyć się wygraną. Choć Ministerstwo Zdrowia chciało wstrzymać lipcowe podwyżki, lekarze i pielęgniarki dopięli swego: latem wynagrodzenia medyków i personelu niemedycznego wzrosną o 8,82 proc. Wedle dostępnych danych pensja minimalna lekarza specjalisty od 1 lipca wyniesie 12,9 tys. zł. Farmaceuta, fizjoterapeuta, pielęgniarka, z tytułem magistra i specjalizacją, zarobią 11,4 tys. zł, a opiekun medyczny – niecałe 7,6 tys. zł. Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji szacuje, że podwyżka może kosztować ok. 7 mld zł rocznie. Resort zdrowia bardzo chciał oszczędzić na medykach, ale presja pracowników okazała się zbyt silna: podczas niedawnego posiedzenia Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia nie doszło do porozumienia w sprawie zmian w tzw. ustawie podwyżkowej. Nie tylko lekarze byli zdeterminowani, by postawić na swoim – również organizacje związkowe pielęgniarek i położnych jasno dały do zrozumienia, że są gotowe do zdecydowanej akcji protestacyjnej. W przedwyborczej atmosferze byłby to dla trzynastogrudniowców, coraz bardziej zaniepokojonych wizją utraty władzy, poważny wizerunkowy problem. A że dla rządzącej ekipy liczą się już właściwie tylko sondaże, resort kierowany przez Jolantę Sobierańską-Grendę ustąpił.

Równia pochyła w ochronie zdrowia

Zbyt długo zajmuję się kwestiami publicznej ochrony zdrowia, by ruszyć z okrzykiem: „hurr, durr, egoistyczni medycy zabierają pieniądze z coraz biedniejszego budżetu”. Po pierwsze dlatego, że najpierw należałoby zapytać, dlaczego budżet państwa jest coraz marniejszy. Na to pytanie powinni odpowiedzieć niemiłościwie nami rządzący. I odpowiedzą prędzej czy później – utratą władzy. Po drugie skoro chcemy mieć dalej w Polsce skromny, bo skromny, ale wciąż pracujący personel medyczny, to nie da się zmienić systemowych reguł gry w jej trakcie. I to w tak newralgicznym momencie jak obecny: płacz, ministro, i płać! Po trzecie wreszcie Prawu i Sprawiedliwości przez osiem lat udawało się znaleźć coraz większe pieniądze na publiczną ochronę zdrowia: ówczesna opozycja jęczała, że za mało, ale są to ci sami ludzie, którzy teraz głodzą placówki medyczne i pacjentów. I to dosłownie, bo PiS-owski program „Dobry posiłek” właściwie został zlikwidowany. Na marginesie: bardzo mnie śmieszyło, gdy w liberalnych przecież mediach, na ogół gotowych przychylić lekarzom nieba, kilka miesięcy temu zaczęły się pojawiać sugestie, że w tej ochronie zdrowia to niektórzy chyba za dużo zarabiają. Śmieszyło mnie to, powtórzę, a nie zdziwiło – każdy chwyt w obronie władzy Donalda Tuska jest dozwolony.

Dramat, a wręcz tragedia całej sytuacji ma inny wymiar. W środę w „Codziennej” opublikowałem krótki komentarz „Po równi pochyłej w ochronie zdrowia”, poświęcony tej kwestii. Z jednej strony – podwyżki dla personelu, z drugiej – coraz większe oszczędności na szpitalach i pacjentach. To pragmatyzm przechodzący w cynizm, wszak – powtórzę myśl – ciężarne kobiety i obłożnie chorzy nie zrobią miasteczka pod Kancelarią Premiera. A nawet gdyby spróbowali, władza nasłałaby na nich nie tylko policję, ale i rozwrzeszczane typy z komitetów obrony tego i owego, napojone sokiem z buraka. 

Wróćmy do meritum. W lutym Ministerstwo Zdrowia zaproponowało szpitalom diabelski układ: przyjęte wówczas przez rząd rozporządzenie zakłada, że jeśli szpital zrezygnuje z konkretnych „nierentownych” oddziałów, to przez kolejne dwa okresy rozliczeniowe otrzyma pieniądze za 50 proc. rozliczanych świadczeń, których udzielił w roku poprzedzającym likwidację. Pomysł rozgniewał lekarzy i ekspertów, którzy jasno stwierdzili, że decyzje o likwidacji muszą być monitorowane i zapewniać bezpieczeństwo pacjentów. A zaproponowany mechanizm może prowadzić do nieracjonalnych decyzji o zamykaniu oddziałów.

 

PiS zniosło limity. Teraz wracają

Skala destrukcji jest już tak duża, że na początku marca lekarze i samorządowcy wspólnie zorganizowali protest w Warszawie. Akcja „Ratujmy szpitale powiatowe” zgromadziła pod głównym gmachem resortu zdrowia przy Miodowej 15 dyrektorów szpitali zrzeszonych w Ogólnopolskim Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych i samorządowców ze Związku Powiatów Polskich. Powiedzmy sobie wprost: jedni i drudzy doskonale wyczuli pismo nosem. I wiedzą, że walczą nie tylko o pacjentów, ale swoje biznesy, miejsca pracy, miasta i regiony. Upadek powiatowych szpitali to cywilizacyjna degradacja, która zawsze kończy się tak samo – dalszą depopulacją, spadkiem wpływów podatkowych, słabnącą atrakcyjnością miejscowości i znów dalszą depopulacją. Tak, to równia pochyła.

Myliłby się ten, kto sądzi, że to koniec złych wieści. Za czasów uśmiechniętej władzy końca nie widać. Zastanawia mnie, czy Donald Tusk, gdy 9 marca spotkał się szefową resortu zdrowia i szefostwem NFZ, miał przypięte do koszuli lub klapy marynarki biało-czerwone serduszko. A wezwał ich w sprawie niebagatelnej: wracają limity w ochronie zdrowia. Konfetti i fanfary!

Nic nie zmyślam, donosi o tym „Gazeta Wyborcza”: „W związku z »dywanikiem« u premiera NFZ chce radykalnie ograniczyć liczbę gastroskopii, kolonoskopii, badań tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego, a wkrótce także porad specjalistycznych. »Racjonalizacja« wydatków nie obejmie tylko dzieci i chorych na raka”. Oficjalnie nikt tego nie nazywa limitami, ale branżowe portale nie mają wątpliwości. Portal Termedia.pl pisze: „Kierownictwo Narodowego Funduszu Zdrowia zamierza częściowo przywrócić limity w finansowaniu świadczeń w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej”, portal Ochronazdrowia.mp.pl wyjaśnia: „Jeśli wprowadza się rozwiązania zniechęcające do wykonywania świadczeń, nie można oczekiwać, że ich liczba nie spadnie; mamy do czynienia z przywróceniem limitów, choć nazywa się je inaczej”. 

„Nierówności będą rosnąć”

Przypomnijmy dla porządku, że limity w finansowaniu świadczeń w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej zostały zniesione w lipcu 2021 r. przez rząd Zjednoczonej Prawicy. Obecne szefostwo NFZ za tzw. nadwykonania chce płacić tylko 40 proc. dotychczasowej stawki. Decydenci przekonują, że nikomu krzywda się nie stanie, bo „PiS-owska hojność niewiele pacjentom dała”. Ale nawet TVN (sic!) cytuje zbulwersowanych ekspertów i przedstawicieli organizacji pacjenckich, którzy obawiają się powrotu długich kolejek do badań, jakie miały miejsce przed zniesieniem limitów. 
Naprawdę daje do myślenia, gdy „uśmiechnięte limity”, bez mrugnięcia okiem wprowadzane przez resort zdrowia po „dywaniku u Tuska”, krytykuje Wojciech Wiśniewski z Federacji Przedsiębiorców Polskich: „Wszystkie tego typu oszczędności prowadzą do ograniczenia dostępności pacjentów do świadczeń. W ciągu roku sytuacja będzie się pogarszać, a najbardziej pod koniec roku. Martwi mnie też to, że będą przez to rosnąć nierówności w zdrowiu. Osoby z zasobniejszym portfelem wybiorą pewnie sektor prywatny, ale milionów Polaków nie stać na to, by wydać od kilkuset do kilku nawet tysięcy złotych na badania”. Szefowie placówek medycznych mówią więcej: to nie tylko przywracanie limitów – prawo będzie działać wstecz, bo nadwykonania będą się liczyć od stycznia. Czy w tym szaleństwie jest metoda? Część pacjentów, jeśli dożyje, problem zauważy dopiero za jakiś czas: po pół roku, roku albo dwóch. Wtedy w Polsce może rządzić już zupełnie ktoś inny. Donald Tusk wówczas pojedzie do Pułtuska i będzie płakał rzewnymi łzami nad skrzywdzonymi przez prawicę pacjentami. A pamięć ludzka bywa niestety bardzo krótka.

Cała ta sytuacja pokazuje cynizm obecnej władzy, która w podbramkowej sytuacji potrafi się ugiąć przed płacowymi wymaganiami pracowników ochrony zdrowia, a równocześnie nadal głodzi system i szuka oszczędności kosztem szpitali i pacjentów. Chcieliście uśmiechniętej władzy? No to ją macie. Szkoda, że najłatwiej trafić z nią na cmentarz.

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej