Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Wielki protest ws. zapaści służby zdrowia. "Chcemy powiedzieć ludziom prawdę"

Dziś o 11.30 przed Ministerstwem Zdrowia trzy centrale związkowe będą protestować przeciwko polityce rządu prowadzącej do całkowitej zapaści ochrony zdrowia. – Jeśli rząd myślał, że zależy nam tylko na obronie wynagrodzeń, to się przeliczył – mówią „Codziennej” Maria Ochman z Solidarności i Renata Górna z OPZZ. – Jeśli ja już teraz mam informacje, że tylko jeden świadczeniodawca przesuwa z powodu zarządzenia NFZ tysiąc pacjentów do kolejki na badania, jeśli długi szpitali to setki milionów, zamykane są oddziały, a zamiast realnych działań mamy wciąż tylko obietnice i cięcia środków na leczenie, mówimy „dość”. Podejmiemy decyzję o zaostrzeniu protestu – mówi nam Waldemar Malinowski, prezes związku szpitali powiatowych.

Chcemy, by opinia publiczna została poinformowana o tym, co realnie dzieje się w ochronie zdrowia. Realnie bowiem mamy zapaść, a tymczasem rządowi decydenci starają się ludziom wmówić, że nic specjalnego, co uderza w pacjentów, na dobrą sprawę się nie dzieje – mówią nasze rozmówczynie z Solidarności i OPZZ. Trzecią centralą związkową, która będzie dziś protestować przed resortem zdrowia, jest Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych.

Przyciśniemy rząd

– Sprzeciwiamy się traktowaniu systemu ochrony zdrowia jedynie w kategoriach kosztów i statystyki. Chcemy wyraźnie powiedzieć, że medycy, ludzie, którzy leczą i ratują życie, to nie jest koszt. Chcemy też powiedzieć, że pacjenci, to żywi ludzie szukający ratunku. To nie jest statystyka, którą można modelować wedle uznania. A tak w tej chwili są traktowani. W podejmowanych decyzjach uwzględnia się jedynie liczby, które stoją za zatrudnieniem medyków lub leczeniem pacjenta. I taką właśnie narrację opartą na liczbach uprawia rząd, wmawiając opinii publicznej, że nic złego się nie dzieje. Jednocześnie podejmuje decyzje, takie jak ostatnie cięcia w diagnostyce, które realnie ograniczają pacjentom dostęp do świadczeń, szpitalom grożą upadkiem, co zresztą już ma miejsce. Chcemy w oparciu o trzy obszary: sytuację finansową ochrony zdrowia, sytuację medyków w systemie i wreszcie pacjentów, dla których ten system działa, powiedzieć ludziom prawdę: wbrew temu, co mówi rząd, mamy katastrofę. I zapewniam, że będziemy reagować. Przyciśniemy rząd – mówi Maria Ochman z Solidarności.

– Jeśli rządowi się wydawało, że skupimy się jedynie na obronie wynagrodzeń, to się przeliczył. Jestem pozytywnie zaskoczona tym, ilu ludzi pracujących w ochronie zdrowia chce się zaangażować w ratowanie systemu, a nie koncentruje się jedynie na swoich płacach. Sytuacja, w której z jednej strony mamy zapaść, a z drugiej media rządowe udają, że nic się nie dzieje, że trwają jakieś uzgodnienia i są jakieś propozycje, jest nie do utrzymania. Opinia publiczna zasługuje na prawdę, zwłaszcza że każdy z nas prędzej czy później będzie pacjentem – mówi Renata Górna z OPZZ.

Nasze rozmówczynie podkreślają, że to może być ostatnie ostrzeżenie dla rządu, po którym protest nie będzie miał już jedynie charakteru demonstracji. Zaostrzenie protestu zapowiada także Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych (OZPSP).

Wirtualne wsparcie i realne długi

Ostatnie decyzje i zapowiedzi resortu zdrowia nie pozwalają już nawet na to, by je jakoś racjonalnie komentować. Prowadzą bowiem wprost do likwidacji szpitali – mówi „Codziennej” Waldemar Malinowski, prezes OZPSP. Chodzi m.in. o propozycję minister Jolanty Sobierańskiej-Grendy wprowadzenia limitu wydatków na wynagrodzenia w szpitalach.

– Proponowane jest postawienie limitu procentowego w budżecie szpitala, który mógłby być przeznaczany na wynagrodzenia. Wiemy, że dzisiaj w kraju jest różnie, na wynagrodzenia przeznaczanych jest od 40 proc. do nawet 90 proc. – mówiła minister. – To oznacza tyle, że z pieniędzy, które otrzymujemy z NFZ, moglibyśmy płacić medykom część, a część musielibyśmy wygospodarować sami. I to się dzieje w sytuacji, kiedy resort całkowicie odpuścił negocjacje w sprawie waloryzacji wynagrodzeń! Teraz kapitulując, chce przerzucić na nas odpowiedzialność za zagwarantowanie tychże podwyżek. To oznacza jeszcze większe długi szpitali i praktycznie paraliż, bo skąd wziąć pieniądze, jeśli to, co otrzymujemy z NFZ, będzie obwarowane jakimś limitem? To jest nierealne – mówi Malinowski. Podobnie jako oderwane od rzeczywistości ocenia zapowiedzi resortu o wsparciu miliardem złotych szpitali, które zdecydują się na konsolidację. – O tym, że takie wsparcie ma być, słyszymy od ponad roku. Miało być zapisane w ustawie o reformie szpitali, ale je wykreślono. Od tego momentu słyszymy tylko zapowiedzi. Tymczasem szpitale wymagają realnego wsparcia – mówi Malinowski. Wylicza, że szpital wojewódzki w Częstochowie ma w tej chwili 250 mln zł długu, szpital w Lesku – 130 mln zł, szpital w Kozienicach – 160 mln zł. Rekordzistą jest szpital w Grudziądzu. Tam na początku roku dług przekroczył 630 mln zł i rośnie. Stanowi połowę zadłużenia całego miasta.

Groza zamykanych oddziałów

– Bez realnego oddłużenia, a nie na podstawie rzucanych obietnic, taka sytuacja szpitali oznacza ich upadek. To nie są cyfry w tabelkach, to ma wpływ na dostęp do leczenia – mówi Waldemar Malinowski. Dodaje, że w ciągu ostatnich miesięcy takie sytuacje mają miejsce w całej Polsce. Zadłużony na 70 mln zł szpital w Lublińcu właśnie zaprzestał udzielania świadczeń na oddziałach anestezjologii i intensywnej terapii, ginekologicznym oraz na bloku operacyjnym. Teraz zawiesił czasowo izbę przyjęć. Do końca marca działał oddział pediatryczny szpitala w Rypinie. Od maja ma zostać zamknięty oddział onkologiczny w szpitalu w Krotoszynie. W ostatnich miesiącach pacjenci musieli mierzyć się z zamykaniem wielu oddziałów. Tak np. w Sieradzu w styczniu placówka wstrzymała przyjęcia nowych pacjentów na oddział diabetologii i chorób wewnętrznych. Jesienią ub.r. rozpoczęto procedurę likwidacji oddziału pediatrycznego w szpitalu w Skarżysku-Kamiennej. W Golubiu-Dobrzyniu także jesienią zawieszono na pół roku działalność oddziału chirurgicznego i bloku operacyjnego. W Lesku zlikwidowano w styczniu oddział ginekologiczno-położniczy, jedyny w Bieszczadach. Teraz w Brzezinach pod Łodzią planowane jest zamknięcie oddziału położniczego, który zdobył  1. miejsce w województwie i 6. w kraju w rankingu „Gdzie rodzić”.

Czytaj więcej w dzisiejszym wydaniu "Gazety Polskiej Codziennie"!
 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej