Sprawa Dawida Kacprzyka i jego bajońskich zarobków w służbie zdrowia, która wywołała lawinę porażających doniesień o sytuacji w warszawskich Szpitalu Południowym rozpala opinię publiczną już od blisko dwóch tygodni.
Głos zabierali różni przedstawiciele obozu rządzącego - od Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Warszawy, któremu podlega szpital, Marcina Kierwińskiego, szefa MSWiA i szefa warszawskich struktur KO, po szefa rządu Donalda Tuska. Brakowało jednak głosu minister zdrowia, Jolanty Sobierańskiej-Grendy.
W środę minister zdrowia ograniczyła się do zamieszczonego w sieci oświadczenia, w którym poinformowała o zleceniu kontroli na SOR-ach Szpitala Południowego i Szpitala Bródnowskiego.
W czwartek Sobierańska-Grenda pojawiła się na briefingu prasowym. Zadeklarowała walkę z kominami płacowymi w służbie zdrowia, a w kontekście afery w Szpitalu Południowym stwierdziła, że "państwo zareagowało w sposób natychmiastowy".
Dziś w wywiadzie dla nielegalnie przejętej TVP, minister zdrowia podtrzymała to, że "państwo zadziałało prawidłowo".
- Przede wszystkim należy pamiętać, że w przypadku Szpitala Południowego państwo zadziałało prawidłowo, natychmiast po ujawnieniu faktów i przede wszystkim odpowiedzialność państwa za ochronę zdrowia jest dla mnie ważna, a nie licytacja polityczna w tym zakresie
- stwierdziła.
Zaprzeczyła, żeby politycy korzystali z "przyspieszonej ścieżki" i posiadali "specjalne przywileje".
Chciałabym mieć pewność, że SOR w Szpitalu Południowym przyjmuje pacjentów w prawidłowy sposób
- wskazała Jolanta Sobierańska-Grenda.
Dodała jednocześnie, że "nie potrafi rozstrzygnąć kwestii lekarza, który bez kwalifikacji był na SOR".