Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Reklama
Polska

Demolowanie Instytutu Pileckiego. Prof. Gawin: To staje się symbolem rządzącej koalicji

Los Instytutu Pileckiego staje się symbolem rządzącej koalicji. Ludzie są wyrzucani z pracy, podważa się autentyczny heroizm wielkich Polaków, promuje się proniemiecką wizję historii i wygasza potrzebne projekty, jak Centrum Lemkina – mówi prof. Magdalena Gawin.

Grzegorz Wszołek: Od soboty w Muzeum Gdańska można oglądać wystawę zatytułowaną „Nasi chłopcy”, którą współorganizują Muzeum II Wojny Światowej i Centrum Badań Historycznych Polskiej Akademii Nauk w Berlinie. W promocji wydarzenia czytamy, że dotyczy ona „przedwojennych obywateli II Rzeczypospolitej, Wolnego Miasta Gdańska czy Niemiec z różnych zakątków Pomorza. Ich losy pokazują, jak różne były indywidualne doświadczenia związane ze służbą w niemieckich-nazistowskich formacjach wojskowych”. Czy tylko tytuł tej wystawy jest niefortunny? 

Reklama

Prof. Magdalena Gawin: Wystawa wywołała ogromne oburzenie Polaków. Informacja miała ogromne zasięgi w sieci, przeważnie negatywne. Zwolennicy wystawy użyją argumentu, że większość osób tej wystawy nie widziała, wobec czego nie ma prawa wypowiadać się na jej temat. Jestem przeciwnego zdania. Polacy mają prawo do negatywnej reakcji, bo słusznie dostrzegli nie tylko w tytule, ale i całej koncepcji odpychającą manipulację. Autorom przyświecał cel wytłumaczenia, skąd wziął się problem służby „dziadka” w Wehrmachcie w polskich rodzinach. Zatem odbiorcami mieli być Polacy. Tymczasem zrezygnowano z podziału narodowościowego na rzecz „mieszkańców Pomorza”, użyto regionalnego klucza, w tym przypadku gruntownie fałszującego rzeczywistość. Kwestią poboru do armii objęto etnicznych Niemców, mniejszość niemiecką zamieszkującą teren II Rzeczypospolitej na równi z Polakami. W Wolnym Mieście Gdańsku odsetek Polaków wahał się w przedziale 12–15 proc. 

Pominięto inny ważny aspekt – prawny. Zaciąg ludności podbitej do wrogiej armii jest sprzeczny z międzynarodowym prawem, nawet jeśli okupant próbował legalizować swoje poczynania. W przypadku mieszkańców Śląska i Pomorza stosowano terror i przymus. Dodatkowo polskie Pomorze przeżyło szok – czyli masową eksterminację inteligencji i elit pomorskich. Wystarczy przeczytać tekst wstępny wystawy. Ona absolutnie nie pomogła, ale zaszkodziła Polakom, których dziadkowie byli w armii niemieckiej. 

Polacy na służbie Wehrmachtu, przede wszystkim siłowo wcieleni, to część polskiej historii. Czy warto jednak poświęcać tematyce osobne wystawy z ewidentnym przesłaniem, zrównującym wysiłek żołnierzy broniącego się państwa polskiego ze służbą dla agresora? 

Inicjatorzy wystawy mogli zrobić ją pod tytułem: „Ucieczka. O 80 tysiącach Polaków, którzy uciekli z Wehrmachtu i wstąpili do armii Andersa lub innych Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie”. Autorzy poszli w dokładnie odwrotnym kierunku – zwiedzający mogą zobaczyć w gablotach dokumenty ze swastyką, niemieckie mundury, hełmy. To wygląda jak prowokacja.   

Czy nie jest to problem, a może ewidentna konsekwencja, że z jednej strony prof. Krzysztof Ruchniewicz nie zgadza się na organizację debaty ws. zagrabionych przez Niemców dzieł sztuki z czasów okupacji, by nie psuć relacji z Niemcami, a z drugiej organizuje się wystawy z jednoznacznym przesłaniem w tytule? 

To nie jest przypadek. W moim odczuciu takie proniemieckie postawy lub przyjmowanie niemieckiego punktu widzenia na historię XX w. osadzone są w okresie transformacji, pierwszych 10 lat lub trochę więcej po komunizmie. Są już anachroniczne i rozmijają się z aspirującym charakterem polskiego społeczeństwa. Reakcja na wystawę pokazuje jasno, że ludzie nie życzą sobie niemieckiej narracji w Polsce. Mit niemieckiego stypendysty powracającego do Polski i pouczającego rodaków, jak ma postrzegać własną historię, zdezaktualizował się. Stał się nieatrakcyjny. Przyczyniły się do tego wojna na Ukrainie i wiele innych społecznych procesów. 

Pani Profesor, gdzie zatem logika w proniemieckiej polityce historycznej, kiedy relacje polityczne są napięte (imigranci, reparacje), a większość Polaków jednak nie darzy swoich sąsiadów nadmierną sympatią, również ze względu na nierozliczenie się ze zbrodni z lat 1939–1945?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Pewnie jest wiele czynników – finansowych i związanych z prestiżem. 

Muzeum II Wojny Światowej po zmianie dyrekcji i rady programowej ma na koncie usunięcie z ekspozycji stałych wątków dotyczących rodziny Ulmów czy Maksymiliana Kolbego. Kierownictwo placówki tłumaczyło w ubiegłym roku, że historia ma „łączyć, a nie dzielić”. Na skutek presji środowisk konserwatywnych Ulmowie i o. Kolbe są obecni w muzeum. Skąd taka niechęć do wybijania heroizmu jednostek w czasie wojny u liberalno-lewicowej dyrekcji placówki?

Te hasła, że historia powinna łączyć, a nie dzielić, powinna być obiektywna i apolityczna, forsują osoby, które formalnie miały status doradców premiera w KPRM. To hipokryzja. Proszę wsłuchać się w mściwe wypowiedzi prof. Pawła Machcewicza, który chce zamykać Instytut Pileckiego, Instytut Pamięci Narodowej, przejmować archiwa i włączać je do zasobów państwowych. Uważa, że wystawa w Muzeum II Wojny Światowej to niemal jego prywatna własność, chociaż przegrał proces w sądzie.   

Obserwuj nas w Google News. Kliknij w link i zaznacz gwiazdkę

Podam swój przykład, żeby zobrazować sposób działania obecnego gabinetu. Rządząca koalicja potraktowała mnie znacznej gorzej niż PiS Machcewicza. Wyrzucali mnie przed zakończeniem audytów, łamiąc prawo. Nikt ze mną nie rozmawiał. A nie chcę zamykać Muzeum II Wojny Światowej ani mścić się na Machcewiczu. Zaprojektowałam większość programów instytutu, sprowadziłam miliony skanów archiwalnych dokumentów dotyczących Polski z całego świata. Polscy historycy mogą korzystać z ogromnych zasobów archiwalnych dzięki moim staraniom. Lista Ładosia dzięki współpracy z Jakubem Kumochem była najbardziej nowatorskim programem badawczym i osiągnięciem naukowym i popularyzatorskim instytutu. Biografia Pileckiego została przetłumaczona na 26 języków, zdobyła ważne europejskie nagrody. Dyrektorem byłam tylko dwa lata i trzy miesiące. Pracowałam po kilkanaście godzin na dobę, żeby wybudować Dom Pamięci Obławy Augustowskiej i siedzibę instytutu przy Siennej. Słaniałam się ze zmęczenia. Po moim odejściu natychmiast zaczęło się demolowanie instytutu. Augustów miał najgorzej. 

Wracając do heroizmu w polityce historycznej, to rzeczywiście niektóre środowiska mają z tym problem. Dotyczy to stosunku do Ulmów, Pileckiego, Kolbego. Nie rozumieją, że historia to również porządek aksjologiczny, źródło siły i inspiracji. Nikt z nas nie jest taki, jak Ulmowie czy Pilecki, ale potrzebujemy tych postaci. Narody muszą mieć swoich bohaterów i moralnych przewodników. Dodam, że w tym samym czasie, gdy Machcewicz umniejszał znaczenie błogosławionej rodziny Ulmów, w Berlinie otwierano muzeum ratujących Żydów, w którym dowodzi się, że wszędzie w Europie było tak samo, dominowała obojętność, protesty były niewielkie, tak jak i niesiona pomoc prześladowanym. W tym samym budynku powstało muzeum niemieckiego ruchu oporu, osnute wokół postaci gen. Stauffenberga. W innym miejscu placówki widoczny był znak o przesiedleniach Niemców. To nie są dobre muzea. Ale dziwne, że prof. Machcewicz, nawołujący, żeby w Polsce wygasić politykę pamięci i odsunąć od nich polityków, nie zgłasza takich postulatów na gruncie niemieckim. Zwłaszcza że to niemieccy politycy, nawet nie historycy, powtarzają, że zostali wyzwoleni w 1945 r. 

Pani Profesor, co się dzieje obecnie w Instytucie Pileckiego? Jak Pani ocenia zmiany kadrowe i przede wszystkim diametralną różnicę w obszarze zainteresowań placówki? 

Po 16 miesiącach od przejęcia instytutu nie działa oddział w Nowym Jorku, nie funkcjonuje oddział w Szwajcarii, Centrum Lemkina jest zagrożone – ukazał się jeden raport z ogromnym opóźnieniem. Program Zawołani po Imieniu, z którym docieraliśmy do małych miasteczek i wsi, został zawieszony, zespół ds. upamiętnień – rozbity. Tak to w skrócie wygląda. Z dziewięcioosobowego składu dużego muzeum w Augustowie zostało pięć lub sześć osób. Zaproszenia na 80. rocznicę obławy augustowskiej docierały nawet do członków poszkodowanych rodzin e-mailem, zdarzało się, że w ostatniej chwili! Dodam zerwanie współpracy z Jackiem Fairweatherem i inne katastrofy. 

Dziennikarka Monika Andruszewska, która pomaga Ukraińcom na froncie, alarmuje w mediach społecznościowych, pisząc, że de facto wygaszono wspomniane Centrum Lemkina, a Instytut Pileckiego wręcz sabotuje dokumentowanie rosyjskich zbrodni. „To, co robi z Centrum Lemkina obecna dyrekcja Instytutu Pileckiego i MKDiN w sytuacji wojny w Ukrainie, to nie racja stanu – to kompromitacja stanu” – pisze. Jak Pani to skomentuje? 

To jest sprzeczne z polską racją stanu. Los Instytutu Pileckiego staje się symbolem rządzącej koalicji.  
 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie
Reklama