Szef Platformy Obywatelskiej przez lata swojej politycznej kariery dał poznać się nie tylko Polakom, lecz znacznie szerszej społeczności, jako polityk działający w interesie zarówno Niemiec, jak i Rosji. I choć od momentu wybuchu rosyjskiej agresji na Ukrainę - 24 lutego - polityk skrupulatnie krok po kroku zmieniał narrację, opowiadając się za broniącą się Ukrainą, na jaw wyszły fakty, które nie stawiają go w dobrym świetle.
Niedaleko pada Tusk od Wałęsy. Takie można odnieść wrażenie słuchając ostatnich wypowiedzi lidera PO. Do tej pory tego typu przemyśleniami dzielił się chętnie Lech Wałęsa, jednak Tusk najwyraźniej nie chce pozostać w tyle. W trakcie konferencji „Bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO – rola Polski” szef Platformy Obywatelskiej straszył, że „tak wiele sił politycznych w naszym świecie ma też tę literkę „Z” niczym wytatuowaną na czole”. Po czym porównał bohaterską obronę Ukrainy przed rosyjskim najeźdźcą do… walki o wygranie przez totalną opozycję wyborów w Polsce.
„Dla narodów naszego regionu, pamiętających historyczne doświadczenia, które symbolizuje data 17 września, nie ulega wątpliwości, że imperialna Rosja znów dąży do ekspansji na inne państwa. Chce tego samego, co w 1939 i 1940 roku, kiedy działała w sojuszu z hitlerowskimi Niemcami, a także w latach 1945–1991, kiedy samodzielnie władała naszymi krajami” - napisał prezydent RP Andrzej Duda w artykule opublikowanym na portalu amerykańskiego tygodnika "Newsweek".