Publicysta, analityk czy polityk, chcąc choć trochę przewidzieć przyszłość, powinien podpierać się bardzo zobiektywizowanymi metodami. Świetną szkołą na pewno jest gra w szachy. Kto nie potrafi myśleć kilka ruchów do przodu, przegra z każdym, kto ma odrobinę wyobraźni i doświadczenia w grze. Do gry w szachy idealnym narzędziem wydaje się komputer. W końcu może przewidzieć dziesiątki ruchów naprzód. Jeszcze w latach 80. moc obliczeniowa popularnych komputerów była taka, że sam dawałem radę. Dzisiaj nie radzą sobie z nimi najlepsi szachiści. Czy więc nie lepiej po prostu do analizy politycznej zaprząc zwykłe komputery? Teoretycznie tak. Praktycznie najlepszy komputer przegra ze średnio rozgarniętym politykiem. Dlaczego? Bo w szachach, choć liczba możliwych ruchów jest gigantyczna, to jednak ograniczona do policzalnych rozmiarów. Obowiązują proste reguły, których przekraczać nie wolno. Szachista lub komputer absolutnie nie musi się martwić o to, czy przeciwnik nie przywali mu w czasie gry pałą w łeb/monitor.
Niestety w realnej polityce jest to możliwe. Tak samo jak jest możliwe, że sędzia zdyskwalifikuje uczciwego zawodnika zamiast oszusta – patrz: sędziowie „niezawiśli” lub TSUE.
Liczba absurdalnych zmiennych jest tak ogromna, że o zwycięstwie decydują wiedza, doświadczenie życiowe lub szczęście. Oczywiście dobry procesor, ewentualnie sprawny mózg, też się przydaje, ale nie przesądza.
Od roku światowa polityka zaprowadzona przez nowego prezydenta USA podporządkowana jest przede wszystkim rywalizacji z Chinami. Dla tego celu Joe Biden porzucił przynajmniej częściowo projekt Międzymorza, zostawiając zarząd naszego kontynentu Rosji i Niemcom. Nie wiedzieć czemu Joe Biden zakłada, że koncentrując siły na Pacyfiku, zatrzyma Pekin, a przez to nie pozwoli na sojusz rosyjsko-chiński. Myślenie teoretycznie poprawne: dogadujemy się z Rosją, a przez to mamy więcej możliwości skoncentrowania się na Chinach. Taka optyka jednak nie uwzględnia efektu faceta z pałą przy szachownicy. Rosja, widząc ciche przyzwolenie USA, skorzysta z możliwości zaatakowania Europy Środkowej: politycznie, gospodarczo, hybrydowo, a gdzieniegdzie militarnie. Wtedy USA będą musiały wrócić do Europy i stracą Pacyfik. A jeśli nie stracą, to i tak poniosą ogromne koszty. Nie jest prawdą, że Chiny marzą o awanturze z USA. Śnią o dominacji, a to zupełnie inna sprawa. Kluczem do utrzymania potęgi Stanów Zjednoczonych jest zbudowanie realnych sojuszy, a nie papierowych porozumień. Biden należy do tych, którzy lubią rozwiązania papierowe. USA już za to zapłaciły kompromitacją w Afganistanie. Jeśli się nie obudzą, to będzie wyjątkowo ciężki rok. Dla nas oznacza to jedno: nie liczmy na cud. Zbierajmy siły i próbujmy zrezygnować z małych wojenek na rzecz jedności z tymi, którzy chcą bronić polskiej niepodległości. Jest nas bardzo dużo, ale trzeba się zmobilizować. Na silnych nikt nie napada.