Doskonale to pokazały wybory prezydenckie w ubiegłym roku, gdy Karol Nawrocki zyskał głosy i zdecydowanych lewicowców z nurtu społecznego nazywanego alt-leftem i zdeklarowanych wolnorynkowców. W realiach partyjnych tego rodzaju szerokie sojusze z różnych przyczyn są trudniejsze: tworzy się raczej nowe formacje niż silne frakcje. Nie da się ukryć, że polska polityka od kilku lat przechodzi fazę fermentu, w znacznej mierze wymuszoną przez gwałtowne procesy geopolityczne i geoekonomiczne. Ani partie, ani elektoraty nie są monolitami. Liberałowie i postkomuniści są przy władzy, więc hegemon, czyli partia Donalda Tuska, ma poręczne narzędzia dyscyplinowania pozostałych ugrupowań. Liberałowie znów pasą swoje tłuste koty, a cieplarniane warunki, które daje sprawowanie władzy, usypiają polityczną uważność tuskowego zaplecza. Nigdy zresztą z niej nie słynęli. Prawica, w tym Prawo i Sprawiedliwość, jest w innej sytuacji. To spore wyzwanie, ale i duża szansa na nowe, mocne rozdanie.
Wyzwanie i szansa
Elektorat prawicy, czy szerzej: niepodległościowy i patriotyczny, nigdy nie stanowił monolitu. Jego siłą była zdolność do porozumienia ponad podziałami, a nierzadko – animozjami.