Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Nabuzowani pogardą. Krzysztof Wołodźko o liberałów portrecie własnym

O najnowszym raporcie Przemysława Sadury, Julii Szostek i Michała Sutowskiego zrobiło się głośno, gdy ten pierwszy przywołał w mediach jeden ze stereotypowych obrazów dotyczących „ludu pisowskiego”: „przygarbieni, z przekrwionymi oczyma i chrapliwym głosem”. Tyle że „Ludzie bezwstydni”, czyli raport „Krytyki Politycznej”, zdecydowanie mocniej uderza w twardy elektorat Koalicji Obywatelskiej. To chyba najpełniejszy dzisiaj obraz liberalnego populizmu. I to przedstawiony przez środowiska, które sympatyzują z obecnym obozem władzy - pisze Krzysztof Wołodźko w "Gazecie Polskiej".

O raporcie „Ludzie bezwstydni. Dynamika emocjonalna populizmu w Polsce” (Stowarzyszenie im. Stanisława Brzozowskiego, Warszawa 2026) zrobiło się głośno, gdy Przemysław Sadura w rozmowie z Kamilą Biedrzycką („Super Express”) przywołał opinię wyborców Koalicji Obywatelskiej na temat elektoratu Prawa i Sprawiedliwości: „[Ankietowani] mówią w ten sposób: »pisiora można poznać po tym, jak wygląda« (…) Bo wyborcy PiS chodzą przygarbieni, mają zawsze przekrwione oczy i mówią chrapliwym głosem«”. Socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego zdecydowanie podkreślił, że przedstawia jedną z opinii wyborców Donalda Tuska, zawartą w swoim najnowszym raporcie. Co więcej, dokument daje nam niezgorszy obraz liberalnych populistów, którzy pełnią obowiązki lokalnych elit, choć bardziej przypominają ludzi zamkniętych w kieszonkowych kryształowych pałacach własnych uprzedzeń. Nie bez przesady można stwierdzić, że Sadura na zapas „zebrał bęcki” od prawicowych mediów, co potwierdza tezę, że dzisiejsza debata publiczna opiera się na gwałtownych emocjach, rugując obowiązek intelektualnego „rozpoznania bojem” terytorium przeciwnika. A przecież wnioski z raportu są o wiele bardziej niekorzystne dla antyprawicowych sił ideowo-politycznych. Jeśli liberalny elektorat nie oduczy się zawstydzać i poniżać, to będzie przegrywał kolejne wybory, ubiegłoroczne zmagania o urząd prezydenta Rzeczypospolitej pokazały porażkę strategii „zawstydzania pisiorów” czy szerzej: nieustannego upokarzania przez „centrystów” elektoratu najróżniejszych nurtów prawicy. 

Pedagogika zawstydzania nie działa

Zacznę od uwagi metodologicznej. Inspirowane socjologią Arlie Russell Hochschild badania przeprowadzone zostały na Wareckim Szlaku Jabłkowym – regionie traktowanym jako społeczny „środek Polski”. W wywiadzie dla „Krytyki Politycznej” Przemysław Sadura tłumaczył: „(…) wybraliśmy Warecki Szlak Jabłkowy, bo to taka średnia Polska, Polska w pigułce – trochę Polska wschodnia i mazowiecki interior, ale jednak blisko Warszawy. Tereny badane przez nas odzwierciedlają średnie poparcie dla partii politycznych w Polsce. Nie jest to wyjątkowo liberalna Warszawa ani wyjątkowo konserwatywne Podkarpacie, lecz coś pomiędzy. Badane przez nas miasta są bardziej liberalne, a wsie – konserwatywne, choć ten stereotypowy podział zaburzony jest przez wzmożone po pandemii przepływy ludności z miast do wsi i na odwrót”. Warto podkreślić, że niemal każde pytanie dotyczące zarówno wstydu, jak i powodów do dumy pokazywało różne nastawienie wyborców prawicy i elektoratu Donalda Tuska do wybranych zagadnień. Julia Szostek tłumaczy, że ankietowani są dumni „z jabłkowych sadów. Ci konserwatywni przede wszystkim z tego, że polskie jabłka mają swoją markę, ci liberalni – że sady z pomocą unijnych środków stały się nowoczesne, a sadownicy stali się przedsiębiorcami”.

Główny wniosek z badania Sadury, Szostek i Sutowskiego dotyczy rosnącego uodpornienia elektoratu prawicy na liberalno-lewicowe połajanki, pogardę i politykę zawstydzania, która można uznać za odmianę polityki wstydu. Przemoc symboliczna, potężna broń salonów III RP, stosowana regularnie przez dekady wobec społeczeństwa, na naszych oczach przestaje działać. Można też posłużyć się inną metaforą, która pewnie nie spodobałaby się twórcom raportu: organizm zainfekowany pedagogiką wstydu w końcu wytworzył skuteczne przeciwciała. Autorzy badania mówią o tym tak: „Przez wiele lat polskiej transformacji ustrojowej ważnym czynnikiem organizującym polaryzację był wstyd jako narzędzie zarządzania emocjami: symboliczne centrum »proeuropejskie« zawstydzało prowincję jako niewystarczająco zmodernizowaną i europejską, zarazem wstydząc się za tę prowincję przed Europą”. Ten model już się wyczerpał, a z pewnością znacząco stracił na sile oddziaływania:

„Prawica dokonała czegoś, na co liberałowie nie mają odpowiedzi: skutecznie zneutralizowała wstyd jako narzędzie dyscyplinowania klasy ludowej (…). Polacy przestali się wstydzić tej swojej niższości, polskości, wiejskości. Nie dadzą się zapędzić do narożnika inteligenckimi ocenami”.

„Liberalne elity nie wyciągają wniosków”

Twórcy raportu bardzo mocno punktują to, co liberalny elektorat uważa za powód do dumy, wskazując na fatalną dla Rafała Trzaskowskiego kampanię dyskredytowania Karola Nawrockiego. Sadura et consortes sięgają po głośne niedawno przykłady antyprawicowej polityki hejtu i zawstydzania: „Fala bezprecedensowego hejtu, jaka wylała się na Martę Nawrocką po jej pierwszym wywiadzie publicznym, pokazała, że elity liberalne nie wyciągnęły żadnych wniosków z przegranych wyborów prezydenckich”. Widać przy okazji, że prawicowi dziennikarze nawet na chwilę nie zajrzeli do raportu, który zdążyli w czambuł potępić na podstawie wyrwanej z kontekstu wypowiedzi Sadury. A przecież przede wszystkim tnie on po oczach zadufanych w sobie wyborców i wyborczynie Donalda Tuska. Potrzebny będzie dłuższy cytat:

„Publiczny wpis Manueli Gretkowskiej o »naćpanym ruchaczu« w Pałacu Prezydenckim i słomie w głowie prezydentowej pobił rekord w konkurencji na poszukiwanie dna debaty publicznej. Klasizmem ociekał także idący szlakiem wyznaczonym przez Gretkowską tekst Natalii Waloch, która nie tylko stwierdziła, że Pałac Prezydencki to »za wysokie progi« dla Nawrockiej (»dziewczyny z blokowiska«) i jej rodziny, ale także znalazła wyjątki od zakazu radzenia kobietom, aby zamilkły – wystarczy tylko, że uważasz się za feministkę i wydaje ci się, że możesz się wylegitymować »lepszym« pochodzeniem”. 

Podkreślmy, że autorami pryncypialnej krytyki wypowiedzi pani Gretkowskiej i redaktor Waloch nie są centroprawicowy intelektualiści z Klubu Jagiellońskiego, ale ludzie z „Krytyki Politycznej”, którzy – szczególnie w podsumowaniu raportu – nie kryją zdecydowanej i przyprawionej mnóstwem epitetów niechęci do prawicy oraz swoich mocno proliberalnych i prolewicowych sympatii. Próbują za to ostrzec zarówno liberalno-lewicowych polityków, jak i opiniotwórcze gremia oraz wyborców i wyborczynie Donalda Tuska przed fiaskiem strategii zawstydzania. Tyle że takiej sztuki – przez moment – próbował Szymon Hołownia. Został za to mocno skarcony i ukarany publicznym ujawnieniem najintymniejszych problemów zdrowotnych. 

Jednym z ciekawszych, choć przeoczonych medialnie wątków z raportu „Ludzi bezwstydni” jest obraz liberalnych wyborców, których można uznać za realną lub urojoną elitę „średniej Polski”. Jaki jest zatem „tuskowej elity” portret własny? To na ogół osoby starsze, które na przełomie ustrojowym budowały lokalną inteligencję i zalążkową klasę średnią. W badaniach tego rodzaju ludzie „prezentowali się jako obyci i zainteresowani kulturą, często dobrze zarabiający, aspirujący do stylu wielkomiejskiej klasy średniej, ale w swoim przekonaniu »uwięzieni« na »prowincji«, wśród »ludzi o wąskich horyzontach«. Ta sytuacja powodowała, że ich status nie był pewny i wymagał ciągłego potwierdzania”. Z czasem ich postawy i opinie stały się karykaturami pluralistycznej, tolerancyjnej, liberalnej europejskości. Zaczęli przedstawiać sobą coś, co od kilkunastu lat określam krótko: „Settembrini się ześwinił”, stali się żywymi parodiami liberalnego humanisty z „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna, ludźmi bardziej przypominającymi jego antagonistę – fanatycznego eksjezuitę Naphtę. 

A kto rozkręcił przemysł pogardy?

Twórcy raportu przywołują postać jednego z ankietowanych liberalnych wyborców. To obraz tak sugestywny, że bawi jak najlepszy pastisz. A przecież jest prawdziwy: 70-letni nauczyciel przepytywany przez badaczy, chwali się swoją biblioteczką, częstuje ankietera czerwonym winem i wyjaśnia, że „informacje czerpie z wielu bardzo różnych źródeł”. „Bardzo różne źródła” starszego pana to „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek”, „Polityka” i „Tygodnik Powszechny”. Dowiadujemy się też, że „ogląda TVN24, czytuje Onet, przy czym wobec tego ostatniego ma »krytyczne spojrzenie« i »nie wierzy w każde słowo«”. Na tym nie koniec: „(…) mimo że ankietowany nie zgadza się z poglądami niektórych osób (np. zwolenników PiS czy Brauna), to podkreśla, że lubi ludzi »otwartych«, z którymi może rozmawiać na dowolne tematy”. Liberalni wyborcy akceptują pogardę, nie przebierają w gestach symbolicznej przemocy, są przekonani o swojej intelektualnej i moralnej wyższości nad „pisowskim plebsem”, a brak realnych punktów odniesienia, niemal kompletne zamknięcie w medialnej bańce tylko wzmacnia psychospołeczną dysfunkcję, czy wręcz patologię, w której utkwili. W odróżnieniu od nich prawicowi wyborcy wciąż znacznie częściej muszą konfrontować się z uprzedzeniami znamionującymi jawną wrogość. Tyle że – powtórzmy ważną tezę raportu – coraz częściej są na to odporni. 

Dodam własne spostrzeżenie: wychowałem się w inteligenckim domu na wielkopolskiej wsi, należącej niegdyś do wzorcowego PGR Manieczki.

Widziałem nieźle, jak przez dekady tworzy się staro-nowa elita tego regionu, kto ją zasila, jak głosuje. Wiem też dobrze, jakie panują tam stereotypy wobec „ludu pisowskiego”, wypowiadane niekiedy otwartym tekstem również przez moich rówieśników z pokolenia X. Rodzice tych ludzi nieraz znacznie skorzystali na upadku PGR-ów dzięki temu, że zajmowali kluczowe stanowiska w tych przedsiębiorstwach. Transformacyjna saga trwa w najlepsze: przedstawiciele pokolenia X odziedziczyli biznesy rodzinne lub wykorzystali przywileje płynące z usieciowienia do ugruntowania własnej pozycji i sytuacji swoich plus minus dwudziestoletnich dzieci. Dziś przekonują, że „pisowski elektorat” zawsze był leniwy, pijany i roszczeniowy. Uwagi o nierównych szansach, swojej uprzywilejowanej pozycji i dwucyfrowym bezrobociu jako balaście dobrych dwóch dekad przemian zbywają milczeniem lub uwagami, że mam zbyt inteligencką perspektywę. To nawet zabawne, biorąc pod uwagę, że zwykle to sobie przyznają prawo do tego dziedzictwa, choć wolą się określać mianem klasy średniej. Znamienne jest to, że moje spostrzeżenia z zachodniej Wielkopolski w tak dużym stopniu pokrywają się z diagnozami dotyczącymi Wareckiego Pasa Jabłkowego. Podobne są też konsekwencje: liberalny elektorat sypie coraz wyższe szańce w coraz mniejszych miejscowościach, ale z coraz większym trudem radzi sobie z tym, że prawicowych wyborców coraz trudniej wtłoczyć w krzywdzące stereotypy.

Zakończenie raportu ma nieledwie perswazyjny wydźwięk, choć podszyte jest antyprawicową estetyką. Twórcy badania zauważają, że „osoby deklarujące przywiązanie do wartości liberalnych coraz częściej i chętniej zamieniają się w politycznych kibiców, a nawet kiboli, i przeżywają oraz wyrażają w bliski sposób podobne emocje. Nienawiść i agresja zarażają tak jak populizm, a polityka staje się sferą napędzaną negatywnymi emocjami i zarazem zwrotnie nakręcającą te emocje. Może czas dostrzec, że większym problemem niż to, że mamy »kibola« w Pałacu Prezydenckim, jest to, że dawno staliśmy się społeczeństwem kiboli”. Warto jednak uświadomić sobie, że w tych sprawach ideowa lewica powinna grzmieć znacznie wcześniej – gdy liberalny motłoch, podkręcany przez niemałą część liberalnych i lewicowych mediów i polityków, na czele z Januszem Palikotem, w 2010 roku na Krakowskim Przedmieściu tańczył na trumnie Lecha Kaczyńskiego. Jednym z zarzewi opisywanego dzisiaj zła są słowa i gesty pogardy, które wówczas padły pod adresem „ludu pisowskiego”, są nim szyderstwa, w których mieli swój udział również prominentni przedstawiciele „Krytyki Politycznej”. To wtedy zaczęto nazywać „lewicą smoleńską” wszystkich, którzy – często wbrew swoim doraźnym interesom – zaczęli wzywać lewicowo-liberalny mainstream do opamiętania. I to wówczas najpewniej wzmocniła się wśród antyliberalnych sił myśl, że logika nadstawiania drugiego policzka nic już nie pomoże. I że czas twardo odpowiedzieć tym, którzy dla swoich przeciwników mają tylko przemysł pogardy.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej