Minister kultury Marta Cienkowska ogłosiła właśnie, że artyści wreszcie przestaną biedować na emeryturze. Przekaz ubrano w słowa, że oto rząd dopłaci do emerytur takich sław jak Krzysztof Cugowski (Budka Suflera). Sprawa nie jest nowa, bo rząd Zjednoczonej Prawicy przymierzał się do ucywilizowania emerytalnych świadczeń osób wykonujących zawód artystyczny. I najpewniej w trzeciej kadencji dopiąłby sprawę. Trzynastogrudniowa koalicja poszła w ślady swoich poprzedników – oficjalnie zawsze wyklinanych i przeklinanych.
Głodowe emerytury artystów
W miniony wtorek projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów trafił pod rządowe obrady. Nie wchodząc na razie w szczegóły, chodzi o dwie najważniejsze kwestie: zagwarantowanie artystom bieżącego ubezpieczenia społecznego i zdrowotnego oraz zapewnienie wystarczającej liczby okresów składkowych pozwalających na minimalną emeryturę w przyszłości. Ważna jest jeszcze jedna sprawa: świat kultury jest ekonomicznie bardzo mocno rozwarstwiony, wielu twórców bieduje na emeryturach nie dlatego, że chcieli żyć jak wolne ptaki i wszystko przehulali, prowadząc rockandrollowy tryb życia. Artystów, często ludzi mniej znanych, pracujących dla większych i mniejszych instytucji kultury, mocno dotknęły „uwolnorynkowienie” i „grantoza” całej branży: praca od projektu do projektu, bez składek, z nieregularnymi i bardzo różnymi dochodami. Nieoskładkowane formy pracy są plagą III RP i właściwie od transformacji ustrojowej uderzały w artystów. Tyle że wielu z nich wówczas nie myślało o emeryturze.
To dlatego wielu internautów bawi dzisiaj lub gniewa, gdy Krzysztof Cugowski, Ryszard Rynkowski, Beata Tyszkiewicz czy Katarzyna Skrzynecka skarżą się na marniutkie emerytury. Wiele osób pyta, czy rzeczywiście klepią biedę, czy emerytura to jedyne środki, jakimi dysponują na stare lata. Ale problem ma drugie dno: cała rzesza artystów nigdy nie zarobiła bajońskich sum na swojej muzyce, kreacjach filmowych czy teatralnych. Spójrzmy na statystykę: mamy w Polsce ponad 62 tys. twórców. Tylko nieco ponad 8 proc. jest zatrudnionych na umowy o pracę na czas nieokreślony. Blisko 19 proc. prowadzi działalność gospodarczą, a niecałe 14 proc. utrzymuje się z umów zleceń. Na umowach o dzieło pracuje 37 proc. artystów, a ponad 15 proc. wykonuje pracę „bez żadnego tytułu prawnego”. Dwa ostatnie przypadki to „artyści bez składek”, ze wszystkimi tego możliwymi konsekwencjami. Z dostępnych danych wynika, że niecałe 70 proc. artystów i twórców ma przychody poniżej średniej krajowej i tylko ok. 30 proc. osiąga średnie przychody poniżej minimalnego wynagrodzenia. Jeśli rządowy projekt wejdzie w życie, to wsparcie do wysokości pensji minimalnej dostanie około 20 tys. osób.
Artyści. Rodzina patologiczna?
To, co budzi emocje, to niezbyt fortunny przekaz, że „rząd dopłaci artystycznym sławom do emerytur”. To budzi złość opinii publicznej, bo trudno nam połączyć w głowie dwa obrazki: gwiazd show-biznesu, brylujących w pięknych kreacjach na wystawnych galach, i ludzi, którym na emeryturze nie tyle nie wystarcza od pierwszego do pierwszego, ile od pierwszego do siódmego dnia tego samego miesiąca. Dodajmy jeszcze jedno – spora część artystycznych sław to pupile i autorytety liberalnych salonów.
Tyle że problem tkwi jeszcze głębiej. Nazwijmy rzecz po imieniu. To lewacki salon III RP wyhodował sobie taką patologię, jak system skrajnie niekorzystny dla mniej zamożnych artystów. Doskonale wiemy, że wiele instytucji kultury, nie tylko w największych ośrodkach, obsadzonych jest przez ludzi, którzy uwielbiają paplać o swojej lewicowej tożsamości. Te same środowiska zbudowały hierarchiczną strukturę systemowego wyzysku, w którym uprzywilejowane jednostki mogą liczyć na sute honoraria i ekstra benefity za rozpoznawalność (udział w reklamach!), a dla tysięcy, czy wręcz dziesiątków tysięcy mało znanych ludzi z branży, pozostają okruszki.
„Polityczna zbiórkoza”
Rząd niczego w logice branży nie zmieni, choć pomoże części twórców z dołu artystycznego układu: system nie zmieni się ani o jotę. Co więcej, można podejrzewać, że tylko utrwali istniejące patologie, bo artystyczne salony uznają, że sprawa jest już rozwiązana, a grantoza i praca od projektu do projektu rozpleni się w środowisku jeszcze bardziej: „stary, dostaniesz coś z grantu, a rząd ci dopłaci do składek”. Kto wątpi w powyższe słowa i bezwzględność ekonomicznych relacji w lewacko-artystycznym światku, niech przeczyta książkę Igi Dzieciuchowicz „Teatr. Rodzina patologiczna”. Albo przypomni sobie, jak i dlaczego skończyła się „rewolucja waginetariatu” Moniki Strzępki w Teatrze Dramatycznym.
Doskonale wiadomo, że rząd Donalda Tuska coraz bardziej rozpaczliwie szuka projektów, które pozwolą mu punktowo zdobyć poparcie różnych grup społecznych. Idzie jednak bardziej o przedwyborczy efekt niż systemową efektywność. To samo dotyczy choćby projektów ministerstwa rodziny, kierowanego przez Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk. Resort chwali się swoimi kolejnymi projektami, które ekspert Katarzyna Roszewska podsumowuje krótko: „Pani minister zbiera głosy dla Lewicy za zasiłek dla rodzica dziecka przewlekle chorego. Polityczna zbiórka ma być głośna, tania (mała grupa uprawnionych) i chwytać za serce. Bo czy nie poruszy nas wsparcie dla rodzin chorych dzieci i nie skieruje reflektorów na Lewicę? Oczywiście, że poruszy i skieruje”. Czy schemat nie wydaje się podobny? Czy nie mamy do czynienia z „polityczną zbiórkozą”?
Odpowiedzią na słuszne postulaty i duże systemowe bolączki są punktowe rozwiązania i uśmiechy władzy do kamer. W przypadku artystów sytuacja wydaje się bardziej oczywista, nawet jeśli budzi spore społeczne kontrowersje. Widać jednak, że obecny rząd wszędzie powiela podobny schemat, a najlepiej widać to w podejściu do osób z niepełnosprawnością i ich opiekunek oraz szerzej, w całej ochronie zdrowia: public relations ma być odpowiedzią na wszystko, uśmiechnięte „ministry” na filmikach i w telewizyjnych studiach „rozwiązują problemy”, choć tak naprawdę albo je pogłębiają, albo markują rzeczywiste rozwiązania. Szczególnie że od szumnych zapowiedzi do ich realizacji (i ich formy!) w przypadku tej władzy może być naprawdę długa i wyboista droga.