Decydujące starcie z fioletowymi ludzikami. 10 powodów, dla których czas na nokautujące uderzenie

Decydujące starcie z postkomuną w sądach to idealna okazja, żeby udowodnić elektoratowi PiS, że partia rządząca nie uległa zmęczeniu, otłuszczeniu, konsumowaniu przywilejów władzy. Że ma nadal wolę walki, chce zmieniać Polskę. Że nastrój z rocznic 10 kwietnia, z Marszów Niepodległości, ze zjazdów Klubów „Gazety Polskiej”, z czasów wojny młodzieży ze stadionów i przeciwników ACTA z Tuskiem nadal jest w nas. Że jest o co się bić. Bo rozbicie postkomunistycznej sitwy w sądach to zmiana na miarę likwidacji WSI. I to teraz jest moment, by tego dokonać. Kolejna okazja może się szybko nie powtórzyć - pisze Piotr Lisiewicz w tygodniku "Gazeta Polska".

Zdjęcie ilustracyjne
Filip Błażejowski/Gazeta Polska

Przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy do górników w Katowicach, w którym mówił on właśnie do nich o reformie sądów, było jednym z najlepszych w całej jego kadencji – obok tych z jej początków, o polskiej historii i Żołnierzach Wyklętych. Było powrotem do źródeł. Do pepeesowskiej tradycji Józefa Piłsudskiego, do Sierpnia 1980, do księdza Jerzego Popiełuszki, który jako pierwszy kapłan w PRL wchodził oficjalnie do zakładu pracy – Huty Warszawa. Wreszcie do 2015 roku, gdy wbrew wszystkim potęgom krajowym i zagranicznym obóz niepodległościowy dochodził do władzy. Oklaski górników, tak jak dzień wcześniej mieszkańców Zwolenia, były dowodem, że argumenty w sprawie sądów trafiają do zwykłych ludzi.

Reforma sądów to jest starcie ze złem najbardziej perfidnym, sprytnym, pozbawionym zahamowań. Nie miejmy złudzeń. Przeprowadzenie naprawdę głębokiej, przełomowej reformy, niszczącej ważne źródło siły postkomunistycznych układów, mających silne umocowanie międzynarodowe, jest wypadkową wielu czynników.

Oprócz niezbędnej do tego energii i woli zmian potrzebny jest też odpowiedni zbieg okoliczności, układ interesów pozwalający na przeprowadzenie zmiany. I z takim właśnie momentem historycznym mamy do czynienia.

Po pierwsze, temu starciu sprzyjają sondaże przed wyborami prezydenckimi. To jest dla PiS najbardziej korzystne pole walki. Zdecydowana większość Polaków źle ocenia sądy i chce zmian. Dlatego większość Polaków zgodzi się z argumentacją prezydenta:

„Wszyscy wiemy, że z wymiarem sprawiedliwości od lat są problemy, że ma on fatalną opinię społeczną, że funkcjonowanie sądów w Polsce oceniane jest źle. Podjęliśmy w tym zakresie próby zaradzenia temu problemowi (…). Jest w Polsce grupa osób, które uważają siebie za nietykalne (…). Jest to bez wątpienia grupa prominentna, która zyskała przez ostatnie dziesięciolecia bardzo wiele przywilejów. Po części są to przywileje, które ci państwo wynieśli jeszcze ze starych czasów, gdy należeli do partii, która – na szczęście – od lat już nie istnieje”.

Po drugie, totalna opozycja, choć zdaje sobie sprawę, że to starcie jest dla niej niekorzystne wizerunkowo, nie może go odpuścić. Sądy są w tej chwili najważniejszym elementem okrągłostołowego układu, będącego źródłem jej siły. Nie chodzi tylko o to, że opozycja nie może powiedzieć „nie bronimy was” członkom swoich rodzin czy kolegom z uczelnianych sitw. Oni po prostu boją się, że jeśli zniknie parasol ochronny, układ opisywany przez Sławomira Neumanna, to nawet nielubiący PiS sędziowie będą musieli wielu z nich skazać. Po prostu aparat rządzący opozycyjnymi partiami, w szczególności PO, składa się z wielu Tomaszów Grodzkich i stworzony został przez trzy dziesięciolecia III RP metodą selekcji negatywnej.

Po trzecie, próba zniszczenia akurat Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego to niesłychane wręcz „podłożenie się” przez przeciwnika. O tym, że w sądach „ręka rękę myje” i sędziowie niezależnie od tego, jakich przekrętów się dopuszczą, pozostają bezkarni, wie w Polsce każdy. Trudno o bardziej drastyczny dowód, że sędziowie chcą być bezkarni. Prezydent powiedział o tym, że przeciwnicy Izby Dyscyplinarnej „po prostu chcą, żeby tej odpowiedzialności nie było, żeby ona była fikcją – tak jak najczęściej było dotychczas, że ta odpowiedzialność w gruncie rzeczy była fikcyjna”. I dalej równie ostro:

„Jak oni mogą z kimś takim zasiadać za stołem sędziowskim i razem orzekać? Przecież to plami cały stan sędziowski! Przecież to plami Sąd Najwyższy! Przecież ludzie to widzą! Wierzcie mi, nie jestem w stanie tego zrozumieć. Jest to coś, co mi się nie mieści w głowie… Oni dawno powinni wyjść z propozycją zmian, co zrobić, by wymiar sprawiedliwości naprawić. Ale po prostu oni tej naprawy nie chcą, bo im jest wygodnie z tym wszystkim i tą nietykalnością, którą dzisiaj mają. To się musi zmienić! To musi zostać zmienione albo Polska nigdy nie będzie normalnym państwem”.

Po czwarte, PiS nie ma wyjścia. Nawet najbardziej łagodny, konformistyczny i pozbawiony rewolucyjnego zapału polityk Zjednoczonej Prawicy musi rozumieć, że albo my, albo oni. Irena Kamińska, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego, powiedziała wprost, że „pragnie zemsty na władzy”. To widać po coraz bardziej absurdalnych wyrokach i – jeszcze silniej – po coraz bardziej bezczelnych uzasadnieniach, jakie wymyślają niektórzy sędziowie. Po prostu politycy Zjednoczonej Prawicy muszą zdawać sobie sprawę, że jeśli nie wyeliminują postkomunistycznej sitwy z wymiaru sprawiedliwości, ona będzie ich zamykać, skazywać i w efekcie eliminować z polityki. Przy entuzjastycznym wsparciu obecnej opozycji i jej europejskich przyjaciół.

Po piąte, PiS ma konkurenta po prawej stronie. Ten konkurent jest oczywiście rosyjską wydmuszką, ale udaje, że jest od PiS bardziej radykalny i może przeprowadzić głębsze zmiany. Starcie z obrońcami postkomunistycznych sądów to idealna okazja, żeby pokazać elektoratowi PiS, że partia rządząca nie uległa zmęczeniu, otłuszczeniu, konsumowaniu przywilejów władzy. Że ma nadal wolę walki, chce zmieniać Polskę. Że nastrój z rocznic 10 kwietnia, z Marszów Niepodległości, ze zjazdów Klubów „Gazety Polskiej”, z czasów wojny kibiców z Tuskiem nadal jest w nas.

Po szóste, ci Polacy, którzy chcą zmian w sądach, to akurat ci wyborcy, których da się jeszcze pozyskać. PiS nie uderza do wyborców nastawionych wrogo, lecz do tych, którzy są bliżsi mentalnie PiS niż totalnej opozycji, ale mogą na wybory nie iść lub szukać czegoś nowego. Prezydent mówił o nich do sędziów:

„Ludzie na was patrzą, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach miejskich – jak się zachowujecie, jak żyjecie, kim jesteście, czy przestrzegacie prawa, czy nie. Czy jeżeli zdarza się w waszym środowisku, że ktoś prawa nie przestrzega, czy są wobec niego wyciągane konsekwencje, czy nie”. 

Po siódme, w sprawie sądów nie działa „ulica”. Nikogo, poza mniej więcej jedną dziesiątą uprzywilejowanych sędziów oraz działaczami totalnej opozycji nie da się w tej sprawie na ulicę wyprowadzić.

Po ósme, słabo działa w tej sprawie także zagranica. „Eksperci”, czyli koledzy Tuska z Brukseli, mający wiedzę o polskich sądach bliską zeru, robią groteskowe wrażenie.

Tłumaczenie Polakom, że obrona starych komuchów to standardy europejskie, działa słabo. A straszenie polexitem już było i w dużym stopniu się zużyło. „Jestem prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej i powiem tak: nie będą nam tutaj w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce i jak mają być prowadzone polskie sprawy. Szanowni Państwo, tak, tu jest Unia Europejska. Tak, oczywiście, i bardzo się z tego cieszymy, że jest, ale przede wszystkim tu jest Polska!” – mówił prezydent w niedzielę w Zwoleniu.

Po dziewiąte, na tym obszarze, jak na żadnym innym, PiS ma ogromne rezerwy, gdy chodzi o wzmocnienie swojej argumentacji poprzez pokazywanie osób pokrzywdzonych przez sądy. Po prostu poza „radykalną” „Gazetą Polską” niewielka część mediów wspierających obóz niepodległościowy rozumiała dotąd wszystkie argumenty stojące za tą reformą. Jest bardzo wiele osób pokrzywdzonych przez sądy w czasach komuny, ale i III RP, których jeszcze ludziom nie pokazaliśmy. Zapewniam, że są wśród nich tak drastyczne historie, że one robią różnicę. O tym rozliczeniu mówił prezydent: „Twierdzą, że ktoś chce zniszczyć wymiar sprawiedliwości w Polsce. A tymczasem cały czas są wśród nich ludzie, którzy orzekali w stanie wojennym i skazywali ludzi na karę więzienia. Za co? Za działalność, za walkę o wolną Polskę. Przecież to nie może dłużej trwać”.

Po dziesiąte, PiS ma niemałe rezerwy, gdy chodzi o pokazywanie pięknych postaci wspierających zmiany w sądach. Przykładowo termin „fioletowe ludziki” ukuł mecenas Piotr Łukasz Andrzejewski, adwokat z tej samej odchodzącej dziś już szkoły obrońców praw, co Jan Olszewski czy Władysław Siła-Nowicki. Mecenas Andrzejewski był w 1980 roku autorem pierwszego wniosku o rejestrację NSZZ „Solidarność” w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. Piotr Łukasz Andrzejewski miał w tamtych latach aż osiem spraw dyscyplinarnych, przez rok pozbawiony był prawa wykonywania zawodu. To on w 1983 roku na I Krajowym Zjeździe Adwokatury potępił łamanie praw człowieka w okresie stanu wojennego. Bronił w procesach politycznych między innymi pracowników Instytutu Badań Jądrowych i działaczy warszawskiego MRKS. Podobnych postaci dotąd nieuruchomionych nie brak i z pewnością ludzie posłuchają raczej ich, niż profesorów z TVN.

 

 



Źródło: Gazeta Polska

 

#reforma sądownictwa

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo