Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Zwycięstwa i kryzysy Trumpa. „Gazeta Polska” o orędziu, cłach i mobilizacji bazy

Konserwatywny Sąd Najwyższy uznał model nakładania ceł przez prezydenta Trumpa za niekonstytucyjny. Ale orędzie o stanie państwa pokazało, że nawet jeśli prezydent nie kontroluje w pełni ani polityki wewnętrznej, ani wydarzeń na świecie, to wciąż jest mistrzem w zaganianiu przeciwników politycznych do rogu, w którym nie chcieli się znaleźć.

Ostatni czas w polityce wewnętrznej nie był łatwy dla administracji Trumpa. Migracja, w wyniku kontrowersji, jakie wywołała polityka „twardej ręki”, szczególnie w nieprzyjaźnie nastawionej do władzy federalnej Minnesocie, zamieniła się z siły Trumpa w słabość. Pod koniec rządów Bidena większość Amerykanów była za zaostrzeniem polityki migracyjnej. We wrześniu 2024 roku aż 87 proc. respondentów uznało, że sytuacja na południowej granicy USA może być uznana za kryzysową. W czerwcu 2024 roku, po raz pierwszy od 2009 roku, większość Amerykanów (55 proc.) chciała zmniejszenia migracji, taka sama liczba uważała, że napływ nielegalnych migrantów jest zagrożeniem dla żywotnych interesów USA. Ale na początku 2026 roku około 2/3 Amerykanów negatywnie oceniało działania ICE – rządowej agendy realizującej deportacje. 65 proc. uważało, że ICE „posunęła się za daleko” w swoich działaniach. Nawet bez decyzji Sądu Najwyższego, która nakazuje prezydentowi uzyskanie Kongresu na nakładane cła, sprawa była i tak źródłem kłopotów dla Trumpa. Bo administracji nie udało się przekonać Amerykanów, że nałożenie dodatkowych opłat na import do USA poprawi ich sytuację ekonomiczną. W jednym z badań aż 71 proc. stwierdziło, że cła podniosły ceny produktów, które kupują, tylko 5 proc. stwierdziło, że ceny spadły. 52 proc. Amerykanów uważa, że cła mają negatywny wpływ na życie ich i ich rodziny, tylko 19 proc. uważa, że wpływają pozytywnie. To, co może niepokoić prezydenta, to fakt, że nawet wśród wyborców republikańskich, pozytywnie oceniających jego administrację, tylko 36 proc. uważa, że cła mają dobry wpływ na ich życie. Aż 20 proc. republikanów stwierdziło, że odczuło wpływ negatywny. Wygłoszone przez Trumpa pierwsze orędzie o stanie państwa w jego drugiej prezydenturze było więc szansą na stworzenie opowieści, która mogłaby odwrócić te trendy i zwiększyć szanse GOP na powodzenie w wyborach śródterminowych.

Prezydent kontra Sąd Najwyższy

Dlaczego Sąd Najwyższy, w którym większość mają sędziowie o konserwatywnym profilu, podjął większością 6–3 decyzję utrudniającą Trumpowi dalsze prowadzenie polityki celnej? Tym bardziej że w większości znalazła się dwójka sędziów nominowanych przez Trumpa – Neil Gorsuch i Amy Coney Barrett? Cóż, konserwatyzm ma wiele oblicz. W decyzji Gorsucha i Coney Barrett chodzi o ochronę konstytucyjnego porządku republiki, w którym poszczególne gałęzie władzy mają jasno wyodrębnione kompetencje i prerogatywy. To Kongres posiada prawo nakładania nowych podatków, a cła są ich rodzajem. „Prezydent twierdzi, że ma nadzwyczajne uprawnienia do jednostronnego nakładania taryf o nieograniczonej wielkości, czasie trwania i zakresie” – napisał sędzia Roberts w opinii większości. Ale prawo, które dawałoby mu te uprawnienia, nie zostało przez Kongres uchwalone.

Jak argumentował sędzia Gorsuch, historia IEEPA (Ustawa o międzynarodowych nadzwyczajnych uprawnieniach gospodarczych) z 1977 roku, na którą powoływała się administracja Trumpa, pokazuje, że jeszcze nigdy nie była ona wykorzystana do wprowadzenia tak szerokich opłat celnych. Sędziowie Samuel Alito i Clarence Thomas argumentowali z kolei w swoim sprzeciwie, że prezydent ma szerokie uprawnienia w polityce zagranicznej, a nakładanie ceł jest jednym z narzędzi do jej prowadzenia.  

Hamulce 

Te argumenty mają swoje znaczenie i powinny nas interesować, bo dotyczą najważniejszych pytań o amerykańską republikę i jej realne funkcjonowanie. Decyzja większości jest sygnałem, że powinny istnieć hamulce dla władzy prezydenckiej, a jednym z nich jest władza ustawodawcza reprezentowana przez Kongres. Wybory śródterminowe do Kongresu są więc sposobem, za pomocą którego Amerykanie mogą wyrazić swój sprzeciw albo poparcie wobec polityki prezydenta, którego dwa lata wcześniej wybrali. Ale kontrargument Alito, Thomasa i Bretta Kavanaugh też wskazuje na coś bardzo ważnego. Ostrzegali oni, że unieważnienie legalności dotychczasowych ceł może spowodować prawny chaos i żądania zwrotu już pobranych opłat. A te, według szacunków, mogą wynieść nawet 160 mld dolarów. Chaos będzie dotyczył też tych, od których USA Trumpa oczekują sprawiedliwszego traktowania w relacjach handlowych, a cła są narzędziem do wymuszenia zmiany ich postawy. Jeśli Chiny czy Europa uznają, że opłaty, których żąda Waszyngton, mają wątłe podstawy prawne i mogą być tymczasowe, to decyzja Sądu Najwyższego może rzeczywiście mocno ograniczyć efektywność realizacji planów Trumpa w polityce zagranicznej. 

Trump nie krył niezadowolenia z decyzji, posunął się nawet do personalnych ataków, wymierzonych szczególnie w dwójkę konserwatywnych sędziów.

Zarzucił im brak lojalności, decyzję nazwał „narodową hańbą” i „wstydem dla ich rodzin”. Zapowiedział też, że cła pozostaną, na mocy nowej podstawy prawnej, choć ta daje możliwość nakładania ich na czas określony, który minie w lipcu tego roku. 

Orędzie i odrabianie strat

To, co jest jednak najciekawsze, to w orędziu o stanie państwa wygłoszonym 24 lutego, Trump wycofał się z frontalnego ataku na sędziów. Nazwał decyzję „rozczarowującą”, ale kurtuazyjnie przywitał się z Amy Coney Barrett, która była obecna na sali. Stwierdził, że po tej decyzji jego władza nad cłami jest jeszcze mocniejsza, zapowiedział podwyższenie globalnej stawki z 10 do 15 proc., podkreślając, że nie potrzebuje zgody Kongresu. Ale jednocześnie, świadomy chyba konieczności odwrócenia karty, swoje, rekordowo długie, przemówienie poświęcił nowemu otwarciu, a nie rozpamiętywaniu potyczek i rozliczeniom z tymi, którzy mu w nich nie pomogli. Trump być może potrafi być uparty, ale ufa też swojemu politycznemu instynktowi. A ten podpowiada mu, że pozycja, w której nie zgadza się z tobą większość Amerykanów, nie jest możliwa do utrzymania. 

W swoim orędziu Trump odwołał się do idei „Złotego Wieku Ameryki” i połączył ją z przypadającą w 2026 roku okrągłą rocznicą podpisania Deklaracji Niepodległości. „Ameryka 2050 Silna, Bogata i Szanowana” – głosiło hasło przewodnie. Wiedząc, że Amerykanie odczuwają ciężar związany z cłami, Trump próbował połączyć go z szerszą koncepcją odbudowy amerykańskiego snu. Mówił o planach emerytalnych dla amerykańskich pracowników, by cieszyli się tymi samymi przywilejami co pracownicy federalni. „Będziemy dopłacać do waszych składek 1000 dolarów rocznie” – zapowiedział prezydent. Jeszcze ważniejszy był jego postulat dotyczący zakazu kupowania domów jednorodzinnych przez duże firmy inwestycyjne. „Chcemy domów dla ludzi, a nie dla korporacji; korporacje radzą sobie całkiem dobrze” – stwierdził Trump. W sprawie ceł Trump starał się pokonać trudność, o której wiedzą nawet ich zwolennicy. Jeśli cła mają doprowadzić do reindustrializacji Ameryki, tworząc preferencyjne warunki dla rodzimych producentów i miejsca pracy dla Amerykanów, okres wzrostu cen jest nieunikniony. Dlatego prezydent mówił o cłach jako o niezbędnym środku do osiągnięcia celu.

„Wierzę, że z czasem cła płacone przez obce kraje, podobnie jak w przeszłości, w znacznym stopniu zastąpią nowoczesny system podatku dochodowego, zdejmując wielki ciężar z ludzi, których kocham”

– mówił. 

Wstań, jeśli się zgadzasz...

Geniusz Trumpa objawił się najbardziej, gdy udało mu się skutecznie odwrócić kartę migracyjną na swoją korzyść. W przemówieniu kilka razy wobec połączonych izb Kongresu użył sformułowania: „Wstań jeśli wierzysz/popierasz/ zgadzasz się z zasadą”. Zasada, która dotyczyła migracji, została sformułowana tak, by mogła się z nią zgodzić jak najszersza rzesza Amerykanów. „Jeśli zgadzasz się z tym stwierdzeniem, wstań i pokaż swoje poparcie: pierwszym obowiązkiem rządu amerykańskiego jest ochrona obywateli amerykańskich, a nie nielegalnych imigrantów” – powiedział Trump.

Prawie wszyscy demokraci będący na sali (część w ogóle zbojkotowała orędzie) pozostała na swoich miejscach. Ilhan Omar wrzeszczała: „morderca” i „kłamca”. Trump stwierdził: „Powinniście się wstydzić”. Zagrywka była na tyle skuteczna, że lider mniejszości w Senacie, Chuck Schumer, musiał tłumaczyć swoją partię po fakcie, stwierdzając, że oczywiście popierają ochronę Amerykanów, ale nie mogą popierać polityki Trumpa, która prowadzi do nadużyć. 

Na tym polega paradoks obecnej polityki amerykańskiej. O efektowne sukcesy administracji Trumpa może być trudno. Także dlatego, że odbudowa amerykańskiego snu, tak jak odbudowa roli Ameryki na świecie, to długotrwały proces. Ale największy potencjał na sukces republikanów, jeśli nie w wyborach śródterminowych, to w wyborach prezydenckich 2028 roku tkwi w radykalizmie Partii Demokratycznej. GOP może powiedzieć: może nie udało nam się wszystko, ale po drugiej stronie jest banda szaleńców, która w dodatku nienawidzi Ameryki i chciałaby ją od środka rozmontować.

Kompromitujący występ Alexandrii Ocasio-Cortez w Monachium czy problemy Zohrana Mamdaniego w zarządzaniu Nowym Jorkiem mogą tylko wzmocnić ten argument. 

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej