Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Jak rządowy plan wyprowadzi lekarzy ze szpitali. Wyobrażenia Ministerstwa Zdrowia kontra rzeczywistość

Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda przedstawiła niedawno propozycje zmian w ochronie zdrowia, m.in. wprowadzenie limitów płac lekarzy oraz konieczność uzyskania zgody na pracę w kolejnych szpitalach. Takie zasady oznaczałyby poważne kłopoty dla wielu szpitali, którym już dziś brakuje personelu i borykają się z problemami finansowymi. – Te propozycje to wielka przysługa dla rynku prywatnego. W publicznych placówkach lekarzy będzie coraz mniej, a kolejki staną się coraz dłuższe – słyszymy.

8 lipca Jolanta Sobierańska-Grenda zaprezentowała pakiet zmian, który ma, według resortu, naprawić ochronę zdrowia. Naczelna Izba Lekarska przypomniała, że podobne zapowiedzi pojawiły się ze strony rządu jesienią 2025 roku, a na proponowane ustawy lekarze czekają już dziewięć miesięcy.

NIL zwróciła uwagę, że z tamtych propozycji wycofano się „po konsultacjach z powiatami, szpitalami, politykami, związkami zawodowymi personelu medycznego czy pracodawcami”. Chodziło m.in. o limit płac lekarzy. Wtedy NIL nie opiniowała zmian formalnie, bo nie było projektów. Część niedawnych propozycji szybko wywołała gorącą dyskusję w środowisku medyków. 

240 złotych

Pakiet ośmiu zmian zapowiedzianych przez minister Sobierańską-Grendę dotyczy pieniędzy, organizacji pracy lekarzy i sposobu funkcjonowania publicznych szpitali. Główną kwestią, na której zależy rządzącym, jest ograniczenie najwyższych wynagrodzeń medyków. Padła propozycja wprowadzenia maksymalnej stawki 240 zł brutto za godzinę pracy, co odpowiada około 40 tys. zł brutto miesięcznie. Resort podkreśla, że rozwiązanie ma dotyczyć przede wszystkim kontraktów, ponieważ wynagrodzenia lekarzy zatrudnionych na etacie są już regulowane ustawą o minimalnych wynagrodzeniach w ochronie zdrowia. Jednocześnie mają zostać wyznaczone limity udziału kosztów wynagrodzeń w budżetach szpitali. 

Ministerstwo Zdrowia proponuje ograniczenie tzw. procederu walizkowego. Zgodnie z zapowiedzią szpitale nie miałyby zlecać świadczeń medycznych pośredniczącym spółkom lub innym podmiotom, które następnie kierują lekarzy do pracy w placówkach. Resort chce, aby usługi medyczne były świadczone przede wszystkim na podstawie bezpośrednich umów zawieranych między szpitalem a personelem medycznym, a nie za pośrednictwem firm zewnętrznych.  

Resort chce również zmienić sposób organizacji pracy lekarzy. Każdy pracownik medyczny miałby posiadać jedno podstawowe miejsce zatrudnienia obejmujące co najmniej pół etatu, natomiast wykonywanie pracy w kolejnych placówkach wymagałoby zgody pierwszego pracodawcy. Według ministerstwa rozwiązanie to ma ograniczyć sytuacje, w których ten sam lekarz jest związany z wieloma szpitalami jednocześnie, a także sprawić, że grafiki dyżurów będą lepiej odzwierciedlały faktyczną dostępność personelu.

„Następnego dnia nie zobaczę lekarza”

Wielu lekarzy alarmuje, że choć część lekarzy pracuje zdecydowanie za dużo, to takie zasady mogą uderzyć nie tylko tam, gdzie powinny, i spowodować, że będą musieli zrezygnować z pracy w kilku miejscach. Obecnie część placówek kontynuuje działalność wyłącznie dzięki pracy lekarzy dojeżdżających z innych miejsc. Może jednak dojść do zmniejszenia dostępności specjalistów. Efektem będzie wydłużenie kolejek. Dalszą konsekwencją może być zamknięcie niektórych oddziałów szpitalnych. 

– Nie wierzę, że takie zmiany mogą w pełni funkcjonować. Jeśli miałoby tak być, to po prostu lekarzy będzie jeszcze mniej – mówi w rozmowie z „Gazetą Polską” dyrektor jednego ze szpitali powiatowych w województwie wielkopolskim, który chce zachować anonimowość. Przypomina, że szpitale już teraz muszą walczyć o specjalistów, którzy wybierają sobie lepsze dla nich placówki. – Stąd wysokie stawki. Jeśli nie przyciągnę lekarzy, to będę musiał zamknąć oddział. Są chętni dojeżdżać maksymalnie 100–150 kilometrów, więcej nie – podkreśla dyrektor. Dodaje, że dalszą konsekwencją będzie zamykanie całych szpitali. A lekarze poradzą sobie, znajdując pracę w innych placówkach, niestety pozostały personel straci zatrudnienie.

– Każdy, kto będzie mógł, ucieknie do placówki prywatnej. Te propozycje to wielka przysługa dla rynku prywatnego. W publicznych ośrodkach lekarzy będzie coraz mniej, a kolejki staną się coraz dłuższe

– ocenia. Zwraca również uwagę, że górny limit wynagrodzenia będzie można obejść. – Jest wiele metod zatrudnienia lekarza i zapłacenia mu. Oficjalnie może zarabiać daną kwotę, a nieoficjalnie znacznie wyższą. Zawsze znajdzie się obejście. Zwłaszcza gdy wszystkim będzie zależało, aby ten lekarz był i pracował. Będzie zależało dyrektorowi, zespołowi szpitala, władzom powiatu, żeby szpital działał, a także samemu lekarzowi. Znajdą rozwiązanie – przekonuje. Zapytaliśmy, jak ocenia propozycję obowiązku uzyskania pozwolenia na pracę w kolejnym szpitalu od pierwszego pracodawcy. – Oczywiście, że dam zgodę, bo muszę. Jeśli nie dam, to następnego dnia nie zobaczę lekarza w pracy, a później zamknę oddział. To proste – mówi dyrektor.

Rezydenci i podwyżki

Inny rozmówca "GP", ortopeda, który chce pozostać anonimowy, przewiduje, że niektóre placówki publiczne czy oddziały szpitalne, jeśli się utrzymają, będą zmieniały swój charakter. – W środowisku już się o tym mówi, ale nie wiadomo, jak dokładnie może to wyglądać. Natomiast odpływ specjalistów z mniejszych ośrodków może spowodować, że dojdzie do łatania dziur kadrowych rezydentami, żeby za wszelką cenę nie likwidować placówek. Tyle że to zmieniłoby te miejsca, ich funkcjonowanie i zadania. W jakiś sposób doszłoby do ich ograniczenia, bo jednak rezydenci nie mogą robić wszystkiego, co robią specjaliści – mówi ortopeda.

Co więcej, propozycje wywołają także zupełnie nieoczekiwany skutek. Część lekarzy zwraca uwagę, że stawka 240 zł brutto za godzinę, przedstawiana przez ministerstwo jako górny limit, dla wielu medyków zarabiających dziś mniej może stać się nowym punktem odniesienia w negocjacjach z dyrektorami szpitali. – Pójdę po podwyżkę. Teraz zarabiam mniej. Skoro samo ministerstwo uznaje, że 240 zł za godzinę jest akceptowalną stawką finansowaną z publicznych pieniędzy, to dlaczego ja mam zarabiać mniej? – mówi w rozmowie z „GP” internista, który chce zachować anonimowość. W praktyce limit, który miał ograniczyć najwyższe kontrakty, może więc stać się dla części personelu argumentem za podwyżką, zwłaszcza tam, gdzie szpitale i tak konkurują o specjalistów.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polska