Dwa tygodnie temu minęło równo 20 lat od śmierci Oriany Fallaci. Dziennikarka, wywodząca się ze środowiska liberalnej, lewicowej włoskiej i europejskiej elity ośmieliła się, po atakach islamskich na nowojorskie dwie wieże, czy kolejnych zamachach muzułmanów w Europie, pisać o zagrożeniu nie tylko islamskim terrorem, ale także (a może przede wszystkim) możliwością przejęcia władzy w najważniejszych państwach cywilizacji Zachodu przez islamskich przywódców, czy partie. Pisała też z furią i odwagą o tym, że Europa i Zachód stały się wyzute z własnej dumy, tożsamości, siły, że Europejczycy zapominają o własnych korzeniach i to czyni ich tchórzliwymi i słabymi („Wściekłość i Duma”, „Siła Rozumu” etc.). Co więcej, ta pisarka i dziennikarka deklarowała, iż jako człowiek lewicy, osoba niewierząca w Boga, jednocześnie wierzy w siłę i wyjątkowe piękno ideałów chrześcijańskiej miłości, miłosierdzia, jako ważnych elementów całokształtu tożsamościowego współczesnej Europy. Naraziła się tym własnemu środowisku, rzecz jasna, i przez wielu została znienawidzona.
To trochę, jak z przypadkami Żydów krytykujących tworzenie narzędzi propagandowej chłosty za pomocą bata „antysemityzmu”, którą to łatkę można przyczepić każdemu, kto cokolwiek ośmieli się pisnąć na temat Izraela – byli oni (i są) zawsze natychmiast karani ostracyzmem przez „swoich”. Rzecz w tym, że krytyka wychodząca z własnego środowiska boli najmocniej, ma też silniejsze „pole rażenia”. Dlatego się ją zwalcza, niezależnie od tego, z jakim środowiskiem mamy do czynienia.
Fallaci, która wykonała dziesiątki wywiadów ze znanymi, wielkimi postaciami świata polityki, miała kiedyś styczność z Lechem Wałęsą, wielkim idolem wolnościowych ruchów za czasów komuny (i w Polsce, i na świecie). I była załamana. „Kiedy pomyślisz na przykład, że taki pijak jak Jelcyn był carem, a taki ignorant jak Wałęsa symbolem wolności, to nogi uginają się pod człowiekiem”.
„Wałęsa był próżnym, pretensjonalnym, pewnym siebie ignorantem” – napisała potem.
Jest jednak duża różnica między tym, co zauważyła Fallaci wiele lat temu na temat Wałęsy, a tym, co wiemy obecnie my. Po pierwsze, jeśli chodzi o kwestie agenturalnej współpracy Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa. A po drugie, jeśli chodzi o cechy zauważone wówczas przez nią, a w przedziwny sposób niedostrzegane przez wielu Polaków całymi dekadami – a to w kwestii jego próżności, pewności siebie, pretensjonalności, pychy. Otóż one się uwypukliły, skoczyły pod sufit, szczególnie po prezydenturze i tylu blaskach, nagrodach, pochwałach, jakimi obsypywał go i obsypuje salon. Zabawnym śladem tego jest to, że Lech Wałęsa, po tym jak prokuratura umorzyła przeciwko niemu śledztwo, argumentując, iż był on de facto wtórnym analfabetą, napisał na Facebooku, iż przez długie lata w istocie nie pisał ani poezji, ani prozy.
A szkoda. Mógłby przecież załapać się na kolejnego Nobla – literackiego. Z poezji i prozy pisanej pod artystycznym pseudonimem „Bolek”.