Donald Tusk w ostatnim wywiadzie dla "Financial Times" ostrzegał, że Rosja może zaatakować członka NATO "w perspektywie raczej miesięcy niż lat". Jednocześnie szef polskiego rządu podważał lojalność USA w sojuszu obronnym.
Premierowi wtórował Władysław Kosiniak-Kamysz, który w ocenił, że Rosja wspina się coraz wyżej na "drabinie eskalacyjnej". - Świadczą o tym konkretne przykłady z ostatniego roku i ostatnich miesięcy. Coraz częściej naruszana przestrzeń powietrzna poszczególnych państw sojuszu, nie tylko Polski. Prowokacje nad Bałtykiem, zakłócenia GPS, akcje sabotażu z ubiegłego roku, podpalenia w różnych państwach, akcje dywersyjne, dronowe, lotnisko Kopenhaga. To wszystko pokazuje, że Rosja zmierza w kierunku już nie tylko prowokacji, ale dalej idącej agresji - powiedział szef MON w rozmowie w TVN24.
- My to mamy precyzyjnie opisane, jak to może postępować i niestety postępuje to w tym kierunku, że agresywna polityka Rosji, prowokacje i przekraczanie kolejnych granic będzie następować - dodał.
Gdyby nie zaangażowanie na Ukrainie...
W podobnym tonie wypowiadał się Paweł Łatuszka, który stwierdził w rozmowie w RMF FM, że gdyby rosyjska armia nie była zaangażowana na Ukrainie, to "poszliby na kraje bałtyckie".
- Białoruś nigdy nie była tak gotowa do wojny, jak teraz. Dużo zainwestowała w bazy i wojsko - dodał wiceprzewodniczący białoruskiego opozycyjnego Zjednoczonego Gabinetu Przejściowego.
Co robi rząd Tuska?
Jednocześnie wielu komentatorów zwróciło uwagę, że Polska w obliczu zapowiadanego zagrożenia nie przeprowadza wzmożonych działań w zakresie obronności i mobilizacji wśród obywateli. "Straszenie" atakiem ze strony Rosji odczytywane jest głównie jako próba odwrócenia uwagi od bieżących problemów ekonomicznych kraju - wzrostu cen, zapaści gospodarczej i nieudolności w zarządzaniu.
Ostatnie głosy o zbliżającym się ataku pojawiły się przy okazji ustalania budżetu na obronność. Teraz zbliżają się terminy podpisania pierwszych umów w ramach programu SAFE.