Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Fałszywe alarmy wymierzone w Telewizję Republikę krok po kroku. W sprawie nadal więcej pytań niż odpowiedzi

Kaskadowo zgłaszane fałszywe alarmy wobec Telewizji Republika i pracowników stacji mają swoje konsekwencje, a lista poszkodowanych rośnie. W sprawie pojawiły się też wątki osób zupełnie niepowiązanych z mediami. Część z nich została potraktowana jako podejrzani. Widoczna jest przy tym wieloletnia nieudolność służb. - I to wszystko dzieje się pod nosem polskich służb - skwitował Michał Rachoń.

Michał Rachoń ocenił w swoim programie na antenie Telewizji Republika, że cały czas "kryptodyktatura nie może zdecydować się jak podejść do sprawy trwających historii" związanych z fałszywymi zgłoszeniami dotyczącymi m.in. fałszywych alarmów.

Dziennikarz przypomniał dokument opublikowany przez stację po dwóch dobach od pierwszych interwencji służb związanych z fałszywymi zgłoszeniami. Początkowo dotyczyły one samej siedziby stacji, a później także prywatnych adresów jej pracowników.

Przepływ informacji

Mimo tego, że służby wiedziały o kaskadowych zgłoszeniach, których treść została oceniona przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa jako "informacja o bardzo niskiej wiarygodności, mająca charakter kaskadowy", a także zaleceniach, by np. nie ewakuować budynku. W piśmie został zacytowany fałszywy mail dotyczący siedziby redakcji Telewizji Republika i studia na 13. piętrze. Wymieniony został również sam Tomasz Sakiewicz. Jednak tego typu ostrzeżenie nigdy nie trafiło na skrzynki związane ze stacją i jej ochroną.

W programie przytoczono również wypowiedzi medialne ministra spraw wewnętrznych Marcina Kierwińskiego, który stwierdził, że policja zareagowała prawidłowo podejmując interwencję w domu Tomasza Sakiewicza, a winne były osoby, które nie chciały współpracować. Rachoń przypomniał, że służby miały kilkanaście minut, by zidentyfikować, że zgłoszenie pochodzi z adresu, który niejednokrotnie wszczynał fałszywe alarmy.

Dyrektor programowy Republiki skwitował, że na to nie mieli czasu, ale by zerwać identyfikatory z mundurów już tak.

Skradzione dane

W toku badania sprawy przez samą stację okazało się, że w mailach z fałszywymi zawiadomieniami podszywano się pod przynajmniej dwie osoby, których dane zostały wykradzione niemal trzy lata temu. To znani youtuberzy zajmujący się grami komputerowymi.

Jan Adryański opublikował oświadczenie, z którego wynika, że od grudnia 2023 roku jest osobą poszkodowaną, a mimo to policja po kaskadowych zgłoszeniach przeprowadziła przeszukanie w jego domu i skonfiskowała mu sprzęt elektroniczny.

Nie mogę pojąć działania policji w tej kwestii. O tym, jakiego aliasu, jakich fałszywych danych używa autor tych ataków, policja wie od bardzo dawna. Bo w raporcie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa to się znajduje. (…) Dopiero po tym, gdy my zwracamy na to uwagę, nie wiadomo z jakiego powodu, do ofiary tych działań przyjeżdża policja, przeprowadza w domu przeszukanie i zatrzymuje sprzęt

- ocenił Rachoń.

Dodał, że nie jest jedynym streamerem, któremu tego typu sytuacja się przytrafiła. Z jego podpisem m.in. do kancelarii prezydenta RP trafiały groźby podłożenia bomby.

Ofiarą stał się prof. Sławomir Cenckiewicz, który zwrócił uwagę, że użyty został jego numer telefonu, z którego jako szef BBN kontaktował się z prezydentem RP.

- I to wszystko dzieje się pod nosem polskich służb - powiedział Rachoń. Dodał, że w tej sprawie jest coraz więcej pytań niż odpowiedzi.

Źródło: niezalezna.pl, Telewizja Republika

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE Polska