Warszawski dziennikarz Marcin Dobrowolski, wraz z trójką znajomych, był w środku piątkowych wydarzeń.
CZYTAJ WIĘCEJ: Grecy ujawniają - zamachowiec z Paryża, przypłynął do nich jako "uchodźca"
– pisze Dobrowolski.„Byliśmy na barce po imprezie OffPrint, kiedy dowiedzieliśmy się o zamachach. W pierwszym odruchu chcieliśmy wracać jak najszybciej do domu, ale kiedy dowiedzieliśmy się, że zamachy miały miejsce niedaleko wynajętego przez nas mieszkania pomyślałem, że możemy zatrzymać się w ambasadzie (byliśmy 8 minut od budynku), a tam na pewno ktoś będzie czekał”
Zaznacza, że po drodze do ambasady wykonał telefon, by uprzedzić o swoim przybyciu. Przyznał, że pani konsul była rozedrgana. Pomyliła go z inną osobą, z którą najprawdopodobniej rozmawiała przed chwilą.
To co usłyszał w odpowiedzi szokuje. Polacy proszą o pomoc, są na ulicy, na której rozgrywa się dramat, a ambasada radzi im wziąć taxi.„Ja tym razem przerwałem, przedstawiłem się i powiedziałem, że kierujemy się w stronę ambasady, prosimy o przyjęcie, bo nie wiemy co robić”.
– relacjonuje dziennikarz.„Polecono nie przebywać na ulicy, tylko znaleźć sobie hotel albo taryfę”
CZYTAJ WIĘCEJ: Po krwawych zamachach w Paryżu. Francja i cały świat w szoku
W odpowiedzi na prośbę o pomoc mężczyzna usłyszał, że ambasada jest zamknięta. Mimo, że znajdował się kilkadziesiąt metrów od budynku - odmówiono mu oraz jego znajomym wstępu na teren.
Po kilku minutach rozmowy i próśb zrezygnowali. Złapali taryfę, która odwiozła ich do domu.
Przedstawiamy cały wpis dziennikarza.

W sobotę Marcin Dobrowolski został zaproszony przez ambasadora na rozmowę. Udał się do ambasady RP i jak pisze „przyjęli przeprosiny ambasadora”.