Powtórzył to potem jeszcze raz. W sali był tłum dziennikarzy: większość telewizji, stacje radiowe, agencje prasowe. Ostatni akt sześcioletniego procesu „o bezprawne wprowadzenie stanu wojennego i udział w zbrojnym spisku przestępczym” z oskarżonymi m.in. Czesławem Kiszczakiem i Stanisławem Kanią przyciągnął media. I oto jesteśmy świadkami, jak po raz pierwszy członek najwyższych ówczesnych władz obala lansowaną od dziesięcioleci tezę o gen. Jaruzelskim – wybawicielu, który wprowadzając stan wojenny, ocalił Polskę przed sowiecką agresją.
Propagandowy mit o patriotach Kiszczaku i Jaruzelskim został zakwestionowany nie przez historyków i ekspertów, ale przez jednego ze sprawców. Ponieważ okoliczności wprowadzenia stanu wojennego są jedną z fundamentalnych kontrowersji dzielących polską opinię publiczną, a jednocześnie czymś podstawowym dla rozumienia Okrągłego Stołu i III RP, byłem przekonany, że będziemy świadkami wyścigu, zażartej rywalizacji: która telewizja jako pierwsza na czerwonym pasku poda: „Z ostatniej chwili. Kania: >>Groźby interwencji radzieckiej nie było!<<”. Do końca dnia sprawdzałem portale i serwisy telewizyjne. Informacje o tym znalazłem na www.solidarni2010.pl i na naszym portalu www.niezalezna.pl. W TVP1 w głównym wydaniu „Wiadomości” zaledwie o tym wspomniano. Jeżeli już pojawiło się cokolwiek o procesie, to z nagłówkiem „Wyrok ogłoszony będzie za tydzień”. To, co o rzekomej groźbie radzieckiej interwencji ujawnił Kania, nie zainteresowało dziennikarzy. Marginalizacja czy wręcz nieobecność tej niezmiernie ważnej informacji w głównych mediach polskich pokazuje żywotność propagandowej tezy o generałach – ludziach honoru, którzy musieli wybrać tzw. mniejsze zło. Trwałość tego kłamstwa w III RP jest nie tylko jedną z gwarancji bezkarności odpowiedzialnych za komunistyczne zbrodnie. Dowodzi także, jak dalece mentalność dziennikarzy, ale i układ organizacyjny polskich mediów jest konsekwencją stanu wojennego.
