Po trwających od miesiąca negocjacjach ws. nowej umowy handlowej pomiędzy Kanadą a USA, gdy według Donalda Trumpa pozostawało już tylko podpisanie porozumienia, premier Mark Carney odszedł od stołu. „Nie zaakceptujemy tego, co zaoferowali, i nie oddamy tego, czego zażądali” – mówił.
„Naszym celem zawsze było uzyskanie najlepszej umowy dla Kanadyjczyków, nigdy umowy za wszelką cenę”. Atmosferę podgrzały jeszcze słowne potyczki. Trump stwierdził, że Kanada nie będzie już traktowana jako amerykański stan, a premier Ontario Doug Ford rzucił, że Trump może „pocałować go w tyłek”.
Wojna na wycieńczenie
Strona kanadyjska twierdzi, że za fiasko rozmów odpowiadają Amerykanie, którzy w ostatniej chwili dodali nowe wymagania do umowy. Te miały m.in. dotyczyć kanadyjskiego prawa chroniącego język francuski (na przykład na platformach streamingowych czy obowiązku umieszczania francuskich napisów na opakowaniach produktów). Przedstawiciel handlowy USA Jamieson Greer stwierdził z kolei, że takie żądania nie były stawiane, a to strona kanadyjska podbiła stawkę na finiszu rozmów.
Carney obiecał cła odwetowe „dolar za dolara”, a agresywna retoryka Trumpa i mówienie o Kanadzie jako „51. stanie” sprawiły, że za premierem stanęli opozycja i większość kanadyjskiego społeczeństwa. 75 proc. Kanadyjczyków uważało, że Carney zrobił słusznie, zrywając negocjacje, tylko 18 proc. uznało, że warto było dokonać ustępstw, by zawrzeć umowę. Co powinno jednak niepokoić premiera, to fakt, że aż 90 proc. badanych wyraziło obawę o ekonomiczne koszty starcia z USA.
Nowe cła amerykańskie, w wysokości 50 proc., obejmują około 5 proc. kanadyjskich eksportów do USA o wartości prawie 20 mld dolarów. Ale niektóre sektory gospodarki odczują je szczególnie dotkliwie. Co więcej, kanadyjskie cła odwetowe dotkną też kanadyjskich producentów, którzy korzystają z importowanych z USA podzespołów.
Wielu spodziewa się, że załagodzenie konfliktu może zająć jeszcze co najmniej kilka miesięcy. Donald Trump, zawiedziony brakiem szybkich sukcesów, chociażby w Iranie, może mieć determinację, by mocniej przydusić niesfornego, jego zdaniem, sojusznika. Awantura może mieć też koszty polityczne dla republikanów, bo w miejscach jak Michigan czy Maine, gdzie partia będzie walczyła w bliskich wyścigach do Senatu, koszty wojny celnej mogą być szczególnie odczuwalne.
Pytanie, co szybciej przeminie: determinacja Trumpa czy zdolność Kanady do wytrzymania ekonomicznych kosztów. Pomimo wsparcia – retorycznego i symbolicznego – dla swojej twardej postawy Carney będzie musiał się zmierzyć też z rzeczywistością. Gospodarka Kanady jest 13 razy mniejsza od amerykańskiej, a około 70 proc. kanadyjskiego eksportu trafia do USA. Jak wskazała Maria Cheng na łamach Reutersa, USA mają więcej potencjału na wytrzymanie ekonomicznych kosztów, a co za tym idzie, mają więcej czasu. „Siła negocjacyjna Carneya zacznie słabnąć, jeśli skutki eskalującej wojny handlowej staną się wyraźnie odczuwalne w postaci wzrostu bezrobocia, zamykania zakładów i spadku dochodów” – stwierdził były doradca kanadyjskiego ministra finansów Julian Karaguesian. „Kanada nie jest w stanie wygrać z USA wojny gospodarczej na wyniszczenie” – dodał.
Niedyplomatyczne stwierdzenie Trumpa: „Nie potrzebujemy Kanady, oni potrzebują nas” – jest jednocześnie prawdziwe, choć głównie w drugiej części.
Kanada bardziej potrzebuje USA, ale to nie znaczy, że nie jest kluczowym partnerem. Ten fakt, że sojusznik, który ma „mniej kart”, jednocześnie chce stawiać warunki, jest nieustannym powodem frustracji dla amerykańskiego prezydenta. Wyrazy tej frustracji są z pewnością jednym ze źródeł szerokiego poparcia dla Carneya, tak jak wcześniej przyczyniły się do porażki konserwatystów w wyborach. Pytanie jednak, czy obok słuszności i godności swojej postawy kanadyjski premier ma realny plan na to, jak uodpornić się na trudne warunki stawiane przez sąsiada z południa.
Carney – problematyczny „wizjoner”
Gra pomiędzy Kanadą i USA jest jednak czymś więcej niż tylko rachunkiem za personalne wycieczki i uderzające w narodową wrażliwość Kanadyjczyków ataki Donalda Trumpa. Chodzi też o kluczowe geopolityczne interesy USA i szerzej pojętego Zachodu. Otwieranie się szlaków handlowych w Arktyce i rywalizacja z Chinami o łańcuchy dostaw metali ziem sprawiają, że Kanada staje się niezbędnym komponentem amerykańskiej polityki bezpieczeństwa na zachodniej półkuli. O ile administracja Trumpa oczekuje, że sojusznik lojalnie wykona swoją część planu, doceniając korzyści płynące z bliskiej relacji z Ameryką, o tyle rząd w Ottawie szuka sposobów na zapewnienie sobie lepszych warunków poprzez redukcję uzależnienia od Waszyngtonu.
Kłopotem w tej układance jest kanadyjski premier. Mark Carney jest typowym dla wyzwań epoki Trumpa liberalnym wojownikiem, który brak rzeczywistej alternatywy dla porządku osadzonego w amerykańskiej dominacji próbuje przykrywać górnolotną retoryką i wizjami nowych układów – tyleż ambitnych, co mało realnych w realizacji. Podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos w styczniu tego roku Carney szybko stał się sensacją i inspiracją dla sporej części Europy, próbującej poradzić sobie psychicznie z żądaniami Trumpa w sprawie Grenlandii. Porządek międzynarodowy oparty na USA jest „sympatyczną fikcją” – mówił. A „średnie potęgi”, takie jak Kanada, „mają zdolność do budowy nowego porządku, który będzie wyrazem naszych wartości, takich jak szacunek dla praw człowieka, odpowiedzialny rozwój, solidarność czy integralność terytorialna”. W maju, podczas spotkania Europejskiej Wspólnoty Politycznej (EPC) w Armenii, mówił, że „jest głęboko przekonany” o tym, że porządek międzynarodowy „zostanie odbudowany z Europy”.
Waszyngton czy Pekin?
Problemów tej wizji jest kilka. Po pierwsze, propozycjom Carneya brakuje jednego, kluczowego w dzisiejszym świecie komponentu – tego dotyczącego bezpieczeństwa. Niezależnie od aktualnej temperatury w relacjach z Waszyngtonem z racji swojego położenia Kanada zawsze będzie się cieszyła dobrodziejstwami amerykańskiego parasola. Inne „średnie potęgi”, takie jak choćby Australia, Nowa Zelandia czy Japonia, a także spora część państw europejskich, takiego komfortu nie mają. A to sprawia, że nie posiadają też takiej swobody negocjacyjnej w relacjach z Waszyngtonem. Nowy porządek „średnich potęg” poza zacieśnieniem relacji handlowych i pomysłami wspólnych projektów pozostaje więc bardziej narzędziem terapeutycznym dla tych, którzy nie mogą się pogodzić ze światem, gdzie koszty odpowiedzialności za bezpieczeństwo szybko rosną.
Po drugie, plan Carneya na zwiększenie autonomii strategicznej względem USA wpycha Kanadę w potencjalnie jeszcze większą zależność – od Pekinu. „Nowe partnerstwo strategiczne” – ogłoszone podczas styczniowej wizyty premiera w Pekinie – oznacza m.in. import do 49 tys. chińskich samochodów elektrycznych, bez dotychczasowego 100-proc. cła. Co ciekawe, ta część planu – rozgrywanie dwóch wielkich potęg w nowej zimnej wojnie przeciwko sobie – właściwie wyklucza tę pierwszą, czyli nowy sojusz potęg średnich. Carney po zbliżeniu z Chinami spodziewa się właściwie tego wszystkiego, na co przez lata liczyli naiwni Europejczycy, teraz próbujący ratować swoje gospodarki po „Chińskim Szoku 2.0”. Pekin ma otworzyć się na kanadyjskie produkty i inwestować w technologię i infrastrukturę w Kanadzie. Ta strategia może mieć sens tymczasowy, jako podbijanie stawki w relacjach z USA. Ale inne „średnie potęgi” po prostu nie będą mogły jej naśladować, bo obecnie w wielu miejscach mierzą się z jej bolesnymi konsekwencjami. A przede wszystkim pokazuje, że solidarność owych „średnich potęg” nie jest niczym więcej niż chwilową fantazją.
Można mieć sporo zastrzeżeń do metody politycznej Donalda Trumpa, który często w sposób najbardziej bezceremonialny atakuje tych, których USA najbardziej potrzebuje. Jednocześnie warto pamiętać o politykach takich jak Carney, którzy od dekad zakładali, że możliwe jest czerpanie korzyści z amerykańskiego porządku przy jednoczesnym zachowaniu pełnej swobody działania. Brutalność Trumpa może wynikać z jego charakteru, ale jest też obrazem świata, w którym wybory stają się też coraz bardziej brutalne. „Gdy wielkie potęgi są na ścieżce kolizyjnej, tak jak USA i Chiny coraz bardziej są, rozgrywanie ich przeciwko sobie nie jest, jak powiedziałby Mark Carney, możliwe na dłuższą metę” – napisał Daniel Greer w „Wall Street Journal”.