Ale trzeba pamiętać, że nasi rodacy pojawili się w tych dziejach bardzo wcześnie – pierwsze ślady o nich znajdujemy czytając o historii słynnej kolonii w Jamestown. Wnosiliśmy do DNA Stanów Zjednoczonych to, co jest naszą zasadniczą „spiralą” pamięci genetyczno-tożsamościowej: niezwykłe umiłowanie wolności. Ta wolność zresztą, jak chcą krytycy dawnej Rzeczypospolitej sarmackiej, czasem urastała do wymiarów wykoślawionych, czyniących krzywdę państwu. Owszem, lecz była jednak zasadniczą wartością, na której fundowana była ta nasza Rzecz Pospolita, Res Publica – i to już od czasów wielkiego Mistrza Kadłubka.
Gdy nam tę wolność wydarto, nie mogliśmy się pogodzić z jej utratą, żyć w skundleniu, pod butem i knutem, w niewoli. Kajdany zrywaliśmy właściwie co pokolenie, w toku kolejnych powstań i wojen. Aż do skutecznego, dobrego finału w roku 1920. Ten duch wolnościowy zanosiliśmy także na ziemię amerykańską, wraz z kolejnymi falami emigracji. A potem w drugą stronę: korzystaliśmy z darów wolności amerykańskiej. Stany Zjednoczone stały się domem dla rzesz wygnańców polskich, emigrantów różnych epok. Tam trafiło wielu żołnierzy 2. Korpusu Polskiego, tam trafiali emigranci doby PRL-u.
Wiele miast miało, w niektórych dzielnicach, iście „polski” charakter – jak było i jest w Chicago, czy w Detroit. W Doylestown w Pensylwanii znajduje się „amerykańska Częstochowa” z tym przegenialnym klęczącym husarzem, rzeźbą autorstwa nieodżałowanego Pityńskiego. Ów Rycerz jest jak symbol tego, co iście polskie – symbol odwagi, wiary, miłości Boga i Ojczyzny. Takie wartości spajają nasz los z losem USA. Warto o tym pamiętać dzisiaj, kiedy Amerykanie świętują równe ćwierćwiecze istnienia państwa! Gratulacje! God bless America!