Donald Tusk najwyraźniej uznał, że z pomocą liberalnych mediów da się przeczekać aferę szpitalną. Premier spróbuje zrobić wszystko, by przekonać opinię publiczną, że to nie jest systemowy problem Koalicji Obywatelskiej, ale kłopot ze zbyt chciwymi lekarzami, którym „za karę” da się przykręcić kurek kilkoma ustawami.
Co prawda w Warszawie lecą głowy najbliższych współpracowników Rafała Trzaskowskiego, ale rzadko kto wśród komentatorów uważa, że wynika to z rzeczywistego pomysłu na zmianę sposobu zarządzania spółkami miejskimi. Prezydent stolicy jest na spalonej pozycji – sondaże pokazują, że mocno spada jego popularność wśród Polek i Polaków, a miastem i tak trzęsie nietykalny Marcin Kierwiński.
Z Trzaskowskiego, który ze „złotego dziecka” Platformy Obywatelskiej stał się „dwugodzinnym prezydentem”, jest coraz mniej pożytku dla partii Tuska. Będą go bronić, gdy w stolicy dojdzie do referendum, ale straty wizerunkowe są już nie do odrobienia.
Rządzenie państwem czy gra pod publiczkę?
Dla lidera KO znacznie ważniejszy jest ogólnokrajowy wydźwięk afery szpitalnej. Politycy doskonale rozumieją, że natychmiastowe dymisje najważniejszych ministrów oznaczają przyznanie się do błędu, a w efekcie uznanie własnej porażki. Dlatego w minionym tygodniu Tusk zdecydował się na polityczny teatrzyk z udziałem Jolanty Sobierańskiej-Grendy: albo propozycja reform w ochronie zdrowia, albo dymisja menedżerki od optymalizacji placówek medycznych. W tym tygodniu premier „dał się przekonać” jej propozycjom. Dymisji na razie nie ma.
Obserwuj Niezalezna.pl w Google! Wejdź na nasz profil, a następnie kliknij „Obserwuj w Google”
Strategia Tuska nie wydaje się skomplikowana: jak najdłużej udawać, że pracuje się nad jakimikolwiek sensownymi rozwiązaniami w ochronie zdrowia, a następnie dać ludziom o wszystkim zapomnieć. To niemal identyczna strategia, jak w przypadku ostatnich wyborów parlamentarnych: z miedzianym czołem naobiecywać ludziom sto konkretów, bajdurzyć jak Polska długa i szeroka, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”, a następnie obsiąść państwo jak szarańcza i przeżerać zasoby, marnować szanse rozwojowe, głośno wołając: „zły PiS, zły PiS, zły PiS”.
Reformy liberalnej menedżerki
W środę Jolanta Sobierańska-Grenda zapowiedziała, że zostaną określone maksymalne poziomy wydatków na wynagrodzenia dla personelu w ramach budżetów szpitali. Zapowiedziała również, że „nie będzie dalszego przyzwolenia na zawieranie umów przez podmioty lecznicze, szpitale z tak zwanymi spółkami [lekarskimi]”.
Pracownicy medyczni – przynajmniej formalnie – będą zmuszeni do ograniczenia godzin pracy, przyspieszone zostanie również wprowadzenie centralnej e-rejestracji, która – przynajmniej teoretycznie – ma wyeliminować problem pacjentów równych i równiejszych, z dostępem do „saloników VIP”.
Kłopot w tym, że ani środowisko medyczne, ani eksperci od zdrowia publicznego nie wierzą w rozwiązania systemowych problemów kilkoma ustawowymi restrykcjami. Dlaczego? Bo problem polskiej ochrony zdrowia tkwi przede wszystkim w niedofinansowaniu, uszczuplaniu kadr i likwidacji kolejnych placówek medycznych. Gdy szpital, przychodnia, lekarz, pielęgniarka są tak cennym zasobem, walka o ich usługi będzie tylko rosła.
Przez długie lata zarówno politycy, samorządowcy, jak i medycy przymykali oko na patologie kontraktowego zatrudnienia, bo jednym przybywało pieniędzy, drudzy – przynajmniej na papierze – mieli grafiki wypełnione zgodnie z rozporządzeniami, a trzeci nie musieli zamykać szpitala. To dlatego Sobierańska-Grenda w swoim „planie reform” kompletnie pominęła kwestie umów kontraktowych, które w tej sytuacji ratują pozór ogólnej dostępności ochrony zdrowia.
Wygasić publiczną ochronę zdrowia
Nie bez powodu Marek Balicki, znany choćby z tego, że zdecydowanie chwalił wdrożony w czasach Prawa i Sprawiedliwości program centrów zdrowia psychicznego, mówi otwartym tekstem, że propozycje reform przedstawione przez Jolantę Sobierańską-Grendę nie odpowiadają na najważniejsze problemy ochrony zdrowia. Balicki podkreśla, że kominy płacowe czy drastycznie przekraczany czas pracy lekarzy to jedynie objawy złych rozwiązań systemowych, a szumne zapowiedzi minister zdrowia nic nie znaczą, skoro „nie określiła nawet, kiedy skrócą się kolejki w poszczególnych dziedzinach”.
A co do pracy kontraktowej lekarzy były minister zdrowia stwierdza: „Za niecałe półtora roku wygasa ustawowy zapis o klauzuli opt-out dla lekarzy zatrudnionych na umowę o pracę. W przypadku kontraktów nie ma obecnie żadnych reguł, co prowadzi do wielogodzinnych, niebezpiecznych dyżurów. Naczelna Izba Lekarska postuluje stworzenie ram prawnych zapewniających bezpieczeństwo zarówno pacjentom, jak i lekarzom”.
Przypomnijmy, że klauzula opt-out to zgoda pracownika na wykonywanie pracy powyżej przeciętnie 48 godzin tygodniowo w przyjętym okresie rozliczeniowym. W praktyce umożliwia ona zatrudnionym medykom pracę do maksymalnie 78 godzin tygodniowo.
Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną wypowiedź Balickiego: „Od lat powtarzany jest ten sam błąd: fragmentaryczne naprawy, które skutkują kolejnymi aferami i wydłużaniem się czasu oczekiwania na pomoc. Tylko zmiana reguł systemowych pozwoli skutecznie uregulować kwestie czasu pracy, zatrudnienia lekarzy i szereg innych problemów”.
Jest jasne, że rząd Tuska nie przedstawi propozycji takich zmian, bo jest merytorycznie do tego niezdolny. Do wybuchu afery szpitalnej, której zarzewiem stały się bajońskie sumy zarobione w Warszawskim Szpitalu Południowym przez młodego polityka Koalicji Obywatelskiej, Dawida Kacprzyka, rządzącym zależało jedynie na wygaszaniu publicznej ochrony zdrowia.
Jolanta Sobierańska-Grenda, menedżerka od „optymalizacji” placówek medycznych, o której zarobkach też się zrobiło ostatnio głośno, skupiała się na zamykaniu kolejnych oddziałów szpitali powiatowych. Gdy wybuchała afera szpitalna, liberalne media wolały zapomnieć, że to właśnie ona całkiem niedawno zaproponowała dyrekcjom szpitali ekstra pieniądze za każdy zamknięty szpitalny oddział. Chodziło nie tylko o porodówki. Liberalne media wolały również zapomnieć, że to właśnie jej Donald Tusk nie tak dawno zalecił przywrócenie licznych limitów na zabiegi i badania. To wszystko działo się przeddzień wybuchu afery szpitalnej!
Rząd Donalda Tuska nie przeprowadzi żadnych korzystnych dla pacjentów reform ochrony zdrowia. Polityczny marketing, którym tak uwielbia grać liberalno-lewicowa ekipa, nie przyniesie żadnych odczuwalnych, pozytywnych zmian. Afera szpitalna da o sobie znać jeszcze nieraz w nadchodzącym czasie: to polityczne błoto, z którego partia kacyków nie wygrzebie się do wyborów parlamentarnych. A kurs na zderzenie ze środowiskiem lekarskim w obecnej sytuacji tylko im może zaszkodzić.