Nagły, niepokojący ból, silna infekcja albo skok ciśnienia u starszego rodzica. Próby dodzwonienia się na nocną pomoc lekarską kończą się fiaskiem, więc w stresie i bezradności wybierasz numer 112. Dyspozytor odbiera zgłoszenie, ale ma systemowo związane ręce – nie może połączyć cię z lekarzem na teleporadę. Może jedynie odmówić, zostawiając cię z problemem, albo wysłać karetkę, która w tym samym czasie mogłaby ratować ofiarę wypadku drogowego. Ten dylemat to nie filmowa fikcja, to codzienność polskich dyspozytorni. W swoim najnowszym wpisie nad kwestią pochyla się gen. Grzegorz Gielerak, wybitny autorytet w dziedzinie medycyny cywilnej i wojskowej.
W 2025 r. zespoły ratownictwa medycznego udzieliły pomocy ponad 3,3 mln razy, ale jedynie w 43% przypadków stan pacjenta spełniał ustawowe kryteria nagłego zagrożenia zdrowotnego. Niemal 57% interwencji dotyczyło stanów możliwych do objęcia opieką ambulatoryjną lub planową, co oznacza, że w organizacji naszego systemu ochrony zdrowia po najdroższy zasób sięgamy nie w drodze wyjątku, ale rutynowo.
– podkreśla dyrektor WIM w Warszawie.
Gen. Gielerak dokładnie tłumaczy mechanizm powstawania tego zatoru. Gdy przychodnie są poza zasięgiem, cały strumień szukających pomocy ludzi spływa na numery alarmowe. Dyspozytor znajduje się w pułapce.
Dyspozytor może tylko wysłać karetkę albo odmówić. Odmowa kończy 35% wszystkich zgłoszeń – żadnej alternatywy, żadnego przekierowania.
– czytamy.
Taki stan rzeczy drastycznie podnosi koszty funkcjonowania systemu i generuje sztuczny tłok w szpitalach. Według cytowanego przez eksperta raportu OECD, w Polsce na 100 tysięcy mieszkańców przypada 809 hospitalizacji, których można było uniknąć. To wynik o 71% wyższy niż średnia w innych rozwiniętych państwach (473 hospitalizacje).
Zachód już wdrożył rozwiązania
Generał Gielerak podkreśla, że nie musimy wyważać otwartych drzwi, bo skuteczne rozwiązania działają na Zachodzie od lat. W Danii funkcjonuje medyczna linia konsultacyjna sprzężona z numerem 112. Pełni ona rolę tzw. „filtra klinicznego” dla przypadków nienagłych. Jak zauważa generał, w samym regionie stołecznym obsługuje ona milion zgłoszeń rocznie, a odesłanie pacjenta na SOR zawsze wymaga medycznego uzasadnienia. Efekt po wdrożeniu w Kopenhadze to spadek wizyt na oddziałach ratunkowych o 10 proc.
Z kolei w Wielkiej Brytanii funkcjonują ratownicy z uprawnieniami do wystawiania recept (Advanced Paramedic Practitioner), rotujący między pracą w zespołach wyjazdowych a u lekarza rodzinnego. Dzięki temu aż 40-68 proc. interwencji udaje się zamknąć bezpiecznie w domu pacjenta, bez konieczności transportu do szpitala. System jest bezpieczny – jedynie 5,1 proc. chorych wymaga ponownego kontaktu z ratownikami w ciągu 24 godzin.
Trzy warunki
Oczekiwana zmiana potrzebuje jednak szerszego spojrzenia – reforma zamknięta w granicach samego ratownictwa będzie z definicji naprawiać skutek, a nie przyczynę, podczas gdy trwała poprawa wymaga spełnienia trzech warunków – podkreśla ekspert w swoim wpisie.
- Ogólnokrajowa linia nieratunkowa: Stworzenie systemu informatycznego zintegrowanego z 23 dyspozytorniami (odbierającymi 5 mln zgłoszeń rocznie). Dyspozytor musi zyskać możliwość bezpiecznego przekierowania pacjenta na konsultację lekarską (np. na wzór Danish Index), zamiast odrzucać połączenie lub wysyłać karetkę w ciemno.
- Nowe uprawnienia dla ratowników: Wzorem brytyjskim potrzebne jest nadanie praw ordynacyjnych nowej kategorii zawodowej ratownika medycznego, co pozwoli zamknąć część spraw na miejscu zdarzenia.
- Bieżący monitoring SOR-ów: Zespoły pogotowia muszą wiedzieć, dokąd jadą. Dziś ratownicy kierują się do szpitali na podstawie danych historycznych, a nie faktycznej dostępności łóżek. „Zarządzać można tym, co się mierzy – systemem, którego nikt nie widzi na bieżąco, można co najwyżej administrować” – trafnie puentuje dyrektor WIM.
***
Zmiana podejścia do ratownictwa w Polsce nie jest już tylko kwestią oszczędności finansowych, ale realnego bezpieczeństwa. Różnica między sprawnym zarządzaniem a biernym administrowaniem decyduje o tym, czy w sytuacji faktycznego zagrożenia życia pomoc dotrze na czas, czy utknie w drodze do kataru. W medycynie ratunkowej, gdzie liczą się minuty, to po prostu gra o ludzkie życie.