Podpułkownik rusza na wojnę
Bartłomiej Sienkiewicz siedzi sobie w Parlamencie Europejskim (PE) i niczym bohater wiersza Bursy krzyczy: „Jeszcze wam pokażę / Jeszcze mnie poznacie / Jeszcze zobaczycie”.
Autor nie dodał jeszcze swojego opisu.
Bartłomiej Sienkiewicz siedzi sobie w Parlamencie Europejskim (PE) i niczym bohater wiersza Bursy krzyczy: „Jeszcze wam pokażę / Jeszcze mnie poznacie / Jeszcze zobaczycie”.
Wiele wzburzenia po stronie lewicowo-liberalnej prowokują kolejne decyzje i wypowiedzi, a nawet samo istnienie Donalda Trumpa. Jednak tego, co stało się w połowie tego tygodnia chyba nikt się nie spodziewał. Owszem, wielu Polaków spodziewało się jakiejś oznaki zainteresowania nowej administracji USA naszą polityką, jedni czekali na cud, inni drżeli przed „brutalną ingerencją” (tu dygresja: sama „Gazeta Wyborcza” kiedyś śmiała się z takiego określenia, publikując zdjęcie dwóch amerykańskich aktorek ze znaczkami „S” i takim właśnie opisem – ale to był rok 1989) amerykańskiej prawicy w nasza „suwerenność”.
„Wśród ofiar nie było Polaków. Sprawcy pozostają nieznani” – to nie opis wypadku, a gorzkie streszczenie wpisów i wystąpień polskich polityków w 80. rocznicę wyzwolenia Auschwitz. Wszyscy bardzo pilnowali się, byle tylko nie mówić o polskich ofiarach tej przerażającej zbrodni.
Trzeci poniedziałek stycznia uznawany jest od 20 lat za tzw. Blue Monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku. Teoria ta uważana jest za pseudonaukową, jednak na dobre zadomowiła się w świadomości społecznej na Zachodzie. Skąd się wzięła?
Gdy niedługo przed wyborami parlamentarnymi powstała komisja ds. badania rosyjskich wpływów, opozycja całą inicjatywę ochrzciła mianem „Lex Tusk”, pracę grona ekspertów uznała za jedno wielkie polowanie na swego najważniejszego lidera i wykorzystała całą sprawę do mobilizacji swojego elektoratu.
Władze chwalą się, że Poznań kupił nowe tramwaje, choć nie dodają, że tak naprawdę są to stare wagony z Niemiec. Być może nawet sprawne, niemniej mają już swoje lata, dokładnie – trzydzieści.
Po cichu rząd postanowił przyspieszyć w dwóch najbardziej kontrowersyjnych sprawach: implementacji Zielonego Ładu i paktu migracyjnego. W sprawie tego drugiego wcześniej udało mu się, jeszcze w ławach opozycji, oszukać Polaków – tak, by ci w większości zignorowali referendum.
Zaczynamy 2025, a Donald Tusk zapowiada, że będzie to rok przełomowy. Brzmi to zarazem zabawnie (Tusk ogłasza na przykład kontynuację wielkiego skoku gospodarczego, a wiemy, jak skok ten wygląda), jak trochę groźnie (zmiany wejść mają do domów, a wiemy, jak ta władza rozumie wchodzenie do domów).
Rafał Trzaskowski w święta postanowił zażartować sobie ze sportowego sznytu kampanii Karola Nawrockiego, zrobił to jednak na tyle nieumiejętnie, że zderzył się z falą żartów, przeróbek swoich materiałów i poważnych analiz, że nie mógł dokonać opisanych wyczynów ze swoimi warunkami i kondycją. A gdy już okazało się, że żart jest tak udany, że wymaga dalszych tłumaczeń, swoje dołożyli sympatycy prezydenta Warszawy.
Gdy tylko rumuński Sąd Konstytucyjny unieważnił wybory prezydenckie, zarzucając zwycięskiemu w pierwszej turze kandydatowi Calinowi Georgescu korzystanie z rosyjskich botów w kampanii, KO uderzyła w PiS za pomocą bardzo podobnie skonstruowanych zarzutów.
Wygląda na to, że – zamierzenie lub nie – proces demolowania państwa wszedł na nowy, jeszcze wyższy poziom. Być może jest to część obchodów rocznicy przejęcia władzy przez koalicję 13 grudnia, które tylko pozornie były bardzo skromne.
Działania PKW funkcjonującej w składzie politycznym mogą uniemożliwić przeprowadzenie w uczciwy sposób wyborów prezydenckich. O możliwych zagrożeniach dla tej – ale też każdej innej – procedury wyborczej wypowiedziało się już wielu ekspertów z dziedziny prawa.
Wysoki prezydent – wysokie opłaty, he-he. Bo ja jestem bardzo wysoki, ciągle to słyszę.
Oczekiwanie na zmianę właściciela TVN, za którą pójdzie też zmiana profilu stacji na bardziej konserwatywny – łatwiej byłoby mi włączyć się w tę powszechną jeszcze przedwczoraj na polskiej prawicy emocję, gdyby nie uczucie déjà vu. To samo przeżywaliśmy przecież w 2015 roku, gdy stacja weszła, jak się okazało na dość krótko, w posiadanie koncernu Scripps Network. Jak wiemy, nic się wtedy nie zmieniło. Czy zmieniłoby się teraz, gdyby do stacji wszedł inwestor z Węgier lub, w wersji light, węgiersko-czeski konglomerat? Nie dowiemy się, ponieważ Donald Tusk też chyba dał się ponieść emocjom i wysłał sygnał, że ewentualną transakcję zablokuje.
„Jestem absolutnie zdziwiony” – mówi Adam Bodnar, komentując doniesienia o policyjnym nalocie na byłego unijnego komisarza sprawiedliwości, Didiera Reyndersa. Czy ktoś poza Bodnarem jest zaskoczony? Nawet jeśli tak, to wątpię, by się do tego przyznał na głos. To bowiem żadna nowość, że unijni biurokraci, którzy najbardziej martwili się o polska praworządność, tak naprawdę bali się o siebie. O to, że z trudem i bez zadowalającego efektu wdrażany w Polsce model, w którym przynależność do elity nie chroni przed odpowiedzialnością, rozleje się na resztę Europy wraz z politycznymi zwycięstwami tzw. populistów.
Trudno podejrzewać członków sejmowej komisji, badającej sprawę Pegasusa, o umiejętność autorefleksji i kojarzenia faktów. Posłowie koalicji nie zrozumieli tego, czemu dostali tak straszne lanie na poniedziałkowym posiedzeniu, i nie wyciągają żadnych wniosków na przyszłość.
Dla Donalda Tuska musiało być sporym ciosem, że jedynym polskim premierem obecnym na inauguracji prezydentury Donalda Trumpa był Mateusz Morawiecki. Aby ból ten trochę załagodzić, w przestrzeń medialną wypuszczono tandetnego, ale jak się okazało chwytliwego fejka: z Morawieckiego, pytającego o drogę zrobiono nieznanego nikomu przybysza z Polski, którego straż nie chce wpuścić na uroczystość.