W rzeczy samej, patrząc na protesty rolników i ich wrogów w dzisiejszej Europie, mam wrażenie, że oto przed naszymi oczami rozgrywa się ostatni akt tamtej rewolucji i dopiero po nim będzie można powiedzieć, kto ostatecznie wygrał. Wbrew pozorom prawdziwym zagrożeniem dla rewolucjonistów wcale nie byli bowiem starzy autokraci. W 1789 r. arystokracja jako taka paradoksalnie nie miała już żadnego znaczenia politycznego. Na prowincji zostali tylko szaraczkowie żyjący cichutko pośród gminu. Wysokie rody siedziały zaś w wersalskiej złotej klatce.
Nie, jakobini bali się bardziej posiadających ziemię, konserwatywnych chłopów i to oni w Wandei rzucili im najpoważniejsze wyzwanie. Wydaje się, że teraz ten scenariusz się powtarza. Z jednej strony mamy znowu wielkomiejskie elity i podburzoną przez nie drobnomieszczańską tłuszczę, która za wszelkie swoje niedostatki wini „chciwych wieśniaków”. Z drugiej wierzących w Boga i pracę własnych rąk drobnych posiadaczy ziemi, ciągników i domków na przedmieściach.