Jako publicysta Bartłomiej Sienkiewicz epatował obrzydzeniem dla polskiej prowincji i odradzania się patriotycznych tradycji. A potem jako minister uczynił z policji narzędzie brudnych prowokacji, mających na celu wyeliminowanie owego zagrożenia. Salonowi łatwiej było pozbyć się Sławomira Nowaka, bo PR-owców ma na pęczki. Ale wyrzucenie własnego ideologa i zarazem cynicznego policyjnego łapsa jest psychologicznie nieporównanie trudniejsze - pisze Piotr Lisiewicz w najnowszym wydaniu tygodnika „Gazeta Polska”.

W 2012 r. Bartłomiej Sienkiewicz opublikował w „Tygodniku Powszechnym” tekst „Ambaras z polskością”. Wychwalał w nim „społeczno-obyczajowy projekt znany pod nazwą »Orliki«”. Oto dzięki „Orlikom” i aquaparkom prymitywni Polacy upijający się dotąd tanim piwem dostali alternatywę. Szansę, by się ucywilizować – brzmiało przesłanie artykułu.

Salon zachwycił się owym tekstem i nominował go do nagrody Grand Press. Tymczasem dzięki aferze podsłuchowej Polacy w czerwcu 2014 r. mogli dowiedzieć się, co minister sądzi na ten temat, gdy nie pisze egzaltowanych artykułów. Otóż według jego opinii „Polacy »Orliki« mają w dupie”.

Dresiarze i sarmaci golą głowy

To zabawne zestawienie wiele mówi o Sienkiewiczu jako cyniku, ale nie wszystko. Afera podsłuchowa uderzyła bowiem w tym przypadku nie w sztampowego „złodzieja z PO”, lecz postać szkodliwą w sposób znacznie bardziej wyrafinowany.

Gdy Sienkiewicz został ministrem, „Newsweek” zacytował anonimowego współpracownika premiera: „Po raz pierwszy od dawna przychodzi człowiek, który będzie dla Tuska rzeczywistym partnerem do rozmowy”. To była trafna opinia, inteligencji Sienkiewiczowi odmówić nie sposób. Rzadkością był też fakt, że do rządu wszedł człowiek, którego jedynym celem nie było osobiste „nachapanie się”. Rozumiejący interesy „układu” jako całości i niepotrzebujący pouczeń ani poleceń, by go chronić.

Jaki obraz Polski przebija z cytowanego tekstu „Ambaras z polskością”? Oto wjeżdżający do naszego kraju z Zachodu kierowca widzi „napisy przydrożne, we wszystkich kolorach i tandetnym liternictwie, obramowane migającymi diodami: »kurczak z rożna«, »dziewczyny 24 godziny«”.

Po drodze „w mijanych miejscowościach nie widać prawie ludzi, tylko na zdewastowanych przystankach siedzą małolaty, one w legginsach »w panterkę«, oni w dresach i z ogolonymi głowami”. Pojawiają się tam też „młodzieńcy, dla których sześciopak »Żubra« w sobotę jest kresem aspiracji do dobrego życia”.

Co najgorsze, „po parudziesięciu kilometrach od granicy, po prawej stronie drogi, znad lasu wystaje gigantyczny, biały tors Chrystusa Króla, z rozłożonymi szeroko nad tym wszystkim ramionami”.

Sienkiewicza oburza fakt, że… niemal nikogo to nie oburza: „dla większości to właściwie żaden problem. Czy jest coś złego w kurczaku z rożna i w migających diodach ogłaszających jego istnienie? A w »świeżonce«? Piwie wypitym z kumplami na przystanku? No, co jest nie tak?”.

Powyższy stan jest, jego zdaniem, efektem wcale nie tylko zapóźnienia z PRL, ale polskiej tradycji: „Trwa od wieków na polskiej prowincji, zawsze tak samo wyglądającej, nawet gdy jeszcze nikt nie nosił dresów i legginsów »w panterkę« (ale głowę golił, i owszem)”.

Resocjalizator

Rzecz jasna, opis polskiej prowincji według Sienkiewicza jest równie prawdziwy, co opis Żyda w agitkach NSDAP czy kułaka w sowieckiej „Prawdzie”. Nie ma w nim miejsca dla młodego właściciela warsztatu z małego miasteczka, który pracuje po kilkanaście godzin dziennie. Nie tylko utrzymuje urzędniczych darmozjadów z PO, lecz także jest gnębiony przez nasyłane przez nich kontrole. Nie ma babć i dziadków ze wsi, którzy pół życia poświęcili na to, by dzieci i wnuki wyrosły na porządnych ludzi, a nie na cyniczne kanalie z ministerialnych gabinetów.

Sienkiewicz widzi wyłącznie dziwki i kurczaki, bo zna prowincję tylko z jazdy autostradą. Ta prowincja to dla niego materiał do resocjalizacji. Zauważenie związków przyczynowo-skutkowych pomiędzy biedą prowincji a faktem, że istnieje jego uprzywilejowana kasta postkomunistycznego bantustanu, blokująca zwykłym Polakom możliwości awansu, przekracza możliwości Sienkiewicza.

Podobnie jak dostrzeżenie, że z moralnego punktu widzenia to nie ci w dresach (które notabene dawno już wyszły z mody) i legginsach potrzebują resocjalizacji, lecz on sam. Natomiast prowincji zamiast resocjalizacji potrzeba przede wszystkim uwolnienia od pasożytującej na niej politycznej mafii.

Antoni Macierewicz, jeden z poprzedników Sienkiewicza w MSW, środowisko ministra charakteryzuje następująco: – To elitarystyczny sposób myślenia. My jesteśmy elitą mającą prawo do rządzenia, której nie obowiązują te same reguły co innych. Lud jest głupi, ciemny i nie można mu mówić prawdy.

Majdzik: on zdradził ideały z „Trylogii”

Owo demonstracyjne oburzenie Sienkiewicza na maniery zwykłych Polaków nie było kiedyś aż tak dojmujące, by brzydził się współpracą z robotnikami. Ryszard Majdzik, jeden z najbardziej zasłużonych krakowskich robotniczych opozycjonistów, uważał niegdyś Bartłomieja Sienkiewicza za swojego przyjaciela.

W latach 80. razem organizowali manifestacje, drukowali i kolportowali nielegalne wydawnictwa. – Byłem dumny z faktu, że działa z nami prawnuk wielkiego pisarza, który uczył Polaków patriotyzmu. Nasza walka z komunistyczną dyktaturą wynikała z wiary w te sienkiewiczowskie wartości – opowiada Majdzik. W imię tych wartości Majdzik był wiele razy aresztowany, internowany, wyrzucany z pracy, podejmował głodówki.

Ale po 1989 r. drogi obu opozycjonistów się rozeszły. – Komuniści podzielili się wpływami części ludzi dawnej opozycji. Trzeba było wybierać między patriotyzmem i pieniędzmi. Niestety, Bartłomiej Sienkiewicz wybrał to drugie. Nie jest już moim przyjacielem, bo zdradził patriotyczne wartości, także to, czego uczył jego pradziadek – mówi Majdzik. O takich jak Bartłomiej Sienkiewicz mówi jego własnymi słowami: – Idziemy po was!

Czy ten konflikt ze światem robotniczym jest przypadkowy? Po aferze podsłuchowej „Gazeta Wyborcza” postanowiła bronić ministra i przypomniała jego historię. Oto bunt przeciwko PRL prawnuka wielkiego pisarza, którego starsze panie z Oblęgorka nazywają „paniczem” i który wychowywał się wśród obrazów Kossaków i „przedwojennych kryształów”, wynikał ze zniesmaczenia estetycznego życiem w komunistycznym państwie.

Czytamy: „Zderzenie z pospolitym światem to szok. Np. ze stołówką robotniczą. »Najgorsze było to – napisze Bartłomiej – że wszyscy obecni nie widzieli w tym nic nadzwyczajnego (...). Bydlęctwo jako norma«”.

Represje? Jego relacja opisana została następująco: „Jedziemy z tymi esbekami do Mostowskich [komenda stołeczna MO], a oni ucinają sobie pogaduchę. Jeden mówi do drugiego: »Ty, słuchaj. Kupże se wideo...«. Ja wtedy ledwo wiedziałem, co to w ogóle jest wideo, czyli magnetowid. A ten drugi: »Na chuj mi wideo?!«. »No, nagrasz se, jak... żonę tego... i będziesz miał na starość na co popatrzeć«. Wtedy zrozumiałem, że spotykam się z obyczajowością radykalnie różną od mojej”. No więc znowu różnica głównie estetyczna.

W opozycji Sienkiewicz działa w Ruchu Wolność i Pokój, zróżnicowanym, ale z silnymi wpływami idei pacyfistycznych i radykalnie lewicowych. Zdaniem Macierewicza, ma to wpływ na całą polityczną drogę Sienkiewicza. – Myślenie o niepodległości Polski jest dla tych ludzi nacjonalizmem. Nie czują potrzeby sięgania do źródeł polskiej tożsamości narodowej i państwowej. Wszystko to łączy się z wielkim kompleksem wobec Zachodu, przekonaniem o wyższości Anglików czy Francuzów. Wszystko co obce ma rację i jest lepsze – mówi.

Nieestetyczne ZOMO, nieestetyczni robotnicy

Kto jest bardziej dla Sienkiewicza obcy, ci ze stołówki pracowniczej czy ci z radiowozu? W 1990 r. Sienkiewicz zostaje funkcjonariuszem Urzędu Ochrony Państwa. Jest współpracownikiem ministrów spraw wewnętrznych Krzysztofa Kozłowskiego i Andrzeja Milczanowskiego, za czasów których ludzie komunistycznych służb tworzą te „nowe”. Jest współzałożycielem Ośrodka Studiów Wschodnich.

– Środowisko Sienkiewicza żyje w III RP w symbiozie z ludźmi dawnych komunistycznych służb. Widać wręcz fascynację ludźmi z dawnej Służby Bezpieczeństwa i niewiarę, że można coś robić własnymi siłami, przy wsparciu zwykłych ludzi – ocenia Antoni Macierewicz.

Jaką wartość mają analizy Sienkiewicza powstające w OSW? – Niektóre analizy Bartłomieja Sienkiewicza dotyczące np. relacji europejsko-rosyjskich były wartościowe. Ale jednocześnie mieliśmy drastyczny rozziew pomiędzy trafną analizą a zakładaną z góry niemożliwością podjęcia skutecznego przeciwdziałania wobec zagrożeń – uważa Macierewicz. – Mamy do czynienia z nieodpowiedzialnymi intelektualistami bawiącymi się ideami. I zupełny brak kompetencji, gdy chodzi o myślenie w kategoriach państwowych – stwierdza.

Brutalna prowokacja

Gdy za rządów Tuska Sienkiewicz zostaje w 2013 r. ministrem, dzieje się to w czasie, gdy po raz pierwszy po 1989 r. na tak dużą skalę wśród młodych ludzi popularne stają się tradycje patriotyczne. Sienkiewicz patrząc na kiboli, widzi ucieleśnienie zła. Oto nieestetyczni zwykli Polacy zgłaszają ambicje współdecydowania o sobie. Co może z tego wyniknąć? Tylko faszyzm.

Sienkiewicz nie ma oporów, by pojawiać się na debatach w Krytyce Politycznej. A gdy w jego ręce dostaje się realna władza, zaczynają się brutalne represje polityczne, zdradzające ową fascynację metodami SB, rzecz jasna, obudowane odpowiednio PR-em.

To za rządów Sienkiewicza prowokacja staje się narzędziem wykorzystywanym przez policję cyklicznie, bez cienia oporów czy skruchy. Chyba najbardziej bezczelna była ta w czasie Marszu Niepodległości w 2013 r., gdy policja przez zupełny przypadek zapomniała chronić tęczę oraz rosyjską ambasadę. A także warszawski „skłot” Przychodnia.

Czymś najbardziej wstrząsającym były właśnie relacje skłotersów. Władza pozostawiła ich bez ochrony, jakby chciała, żeby w wyniku ataku zamaskowanych uczestników marszu doszło do rozlewu krwi. Ta sytuacja pokazała, że sprowokowanie sytuacji, w której ktoś może zostać zabity, nie jest dla władzy najmniejszym problemem. Nawet jeśli zabitym może być lewak.

Bezczelnymi prowokacjami było zachowanie policji w czasie wykładu Zygmunta Baumana, bijatyki kibiców Ruchu z meksykańskimi marynarzami na gdyńskiej plaży czy podczas meczu Legii i Polonii Warszawa w Łomiankach. Za każdym razem scenariusz był podobny: schowane siły porządkowe robią wszystko, by doprowadzić do konfrontacji pomiędzy zwaśnionymi grupami. Potem – widowiskowa akcja policji, najlepiej antyterrorystów, i to w ilości wielokrotnie przewyższającej potrzeby, żeby w mediach wyglądało to na Armagedon.

I wreszcie premier oraz minister opowiadający o zagrożeniu faszyzmem oraz bandytyzmem, albo odwrotnie. Jeszcze trochę pogróżek pod adresem opozycji, że „bandyci” to jej ludzie. Żądań wobec sędziów, by wreszcie przestali się patyczkować. Oraz debat zatroskanych intelektualistów i postulatów zaostrzenia prawa.

Minister, który robi różnicę

Sienkiewicz wykonuje tę robotę planowo, bo ma głęboką wiarę w jej sens. Tak samo jak wierzy w swą misję, gdy rozmawia w Markiem Belką, by za pomocą pieniędzy powstrzymać pisowski faszyzm. Gdy kelner w restauracji mówi do Sienkiewicza „Nie chciałbym pana ministra obrażać zbyt niską ceną”, on myśli nie tylko o tym, by samemu mieć pieniądze na zapłacenie za miłe spotkanie – 1435 zł, czyli więcej niż emerytura jego kolegów z opozycji. On myśli też, jak ocalić przed chamstwem zagrożony system, w którym jego klasa nadal cieszyć się będzie owymi przywilejami.

Wyrok skazujący uczestników protestów przeciwko Baumanowi na areszt, to dowód, że skutki kompleksów Bartłomieja Sienkiewicza, będących zwielokrotnioną wersją strachów jego środowiska, dla którego polskość to nienormalność, przekładają się dramatycznie na stan państwa.

Dlatego usunięcie Sienkiewicza ze stołka robiłoby różnicę. I dlatego establishment usunąć go nie chce.