Czy ambasadorowie w Polsce, którzy podpisali otwarty list ws. osób LGBT, nie przekroczyli pewnych standardów?

Myślę, że przede wszystkim mijają się z prawdą, ponieważ żadne akty ustawodawcze państwa polskiego wobec osób LGBT nie nastąpiły. Ich zarzuty do niczego się nie odnoszą. Żadne ustawy państwa polskiego po roku 89., w żaden sposób nie dotyczą osób o tego typu skłonnościach, w związku z tym przedmiot interwencji ambasadorów nie istnieje. Jest pewną rzeczą wyobrażoną, a nie realną.

W takim razie, jaki jest cel takiej interwencji ambasadorów?

Myślę, że jest to cel wewnętrzny. To demonstracja wobec własnych państw, własnych społeczeństw, własnych ambasadorów. Oczywiście nie ambasadorów, tylko rządów tych państw. To chęć pokazania poprawności politycznej wobec ideologii gender. Nie ma to jednak żadnego związku z rzeczywistością prawną istniejącą w Polsce.

Jak pan patrzy na to, że ten list został podpisany przez na przykład ambasadora Indii? W tym kraju jeszcze dwa lata homoseksualizm był karalny i jeszcze niedawno ostatnie osoby homoseksualne wychodziły z więzień.

Tych ambasadorów było około pięćdziesięciu. Przypadki takie jak ten można mnożyć. Ten list podpisał, chociażby ambasador Wenezueli od krwawej dyktatury Maduro. To jest dosyć groteskowe wydarzenie. Państwa demokratyczne, bo i tacy tam występowali ambasadorowie, jak chociażby Irlandii, czy Stanów Zjednoczonych. Występując w obronie praw, które nie są łamane, nie przytaczając żadnych przykładów łamania tych praw, czy w sensie fizycznym, czy w sensie ustawodawczym nie da się wskazać, występują u boku oczywistych dyktatur, czy państw, w których istniała do niedawna sytuacja dramatyczna w odniesieniu do praw człowieka. I mimo wszystko to im nie przeszkadza. To tylko pokazuje, że ten list ma charakter wyłącznie polityczny i jego celem jest wywieranie nacisku na Polskę.