Na wyspie w niedzielę znaleziono dwanaście martwych kóz. Według fundacji Animal Rescue, łącznie ze stada liczącego 60 kóz, 30 zostało żywych. Kozy były wynajęte przez ratusz od hodowcy z Dagestanu. Zwierzęta miały wyjadać rosnącą na wyspie trawę, by ułatwić gniazdowanie nadwiślańskim ptakom. Jak informowała fundacja, kóz pilnował „na czarno” bezdomny mężczyzna, który powiedział, że pozostałe padłe zwierzęta zakopał, a część wyrzucił do Wisły. Według jej informacji, bezdomny jako wynagrodzenie otrzymywał 50 zł miesięcznie i parówki.

We wtorek Zarząd Zieleni oświadczył, że rozwiązał umowę z właścicielem stada. Według danych dostępnych w Biuletynie Informacji Publicznej, okres obowiązywania umowy dobiegał końca w tym miesiącu - 30 października, a rozpoczął się 1 maja. Kwota umowy opiewała na 96 184 złotych, co daje ok. 16 tys. zł miesięcznie.

„Zgodnie z umową wykonawca miał pełną odpowiedzialność za całodobowy nadzór nad zwierzętami, w tym za zapewnienie im odpowiednich warunków bytowych i ewentualnych kontroli weterynaryjnych”.
- podkreślono w komunikacie zarządu.

Zadaniem właściciela miał być wypas zwierząt w związku z prowadzonym przez miasto projektem „Ochrona siedlisk kluczowych gatunków ptaków Doliny Środkowej Wisły w warunkach intensywnej presji aglomeracji warszawskiej”.

Przeciwko właścicielowi stada, jak przekazała praska prokuratura okręgowa, prowadzone jest postępowanie. Mężczyźnie przedstawiono zarzuty znęcania się nad zwierzętami. Nie przyznał się do zarzucanego mu czynu i odmówił składania wyjaśnień.

Zarząd Zieleni we wtorkowym oświadczeniu przypomniał, że w sprawie odnalezionych dwunastu martwych zwierząt trwa postępowanie wyjaśniające prowadzone przez różne służby m.in. Powiatowego Inspektora Weterynarii oraz lekarza Lasów Miejskich.

„Zależy nam na jak najszybszym poznaniu przyczyn zaistniałej sytuacji”
- dodano.

Fundacja Animal Rescue we wtorek poinformowała, że udało jej się zebrać wszystkie zwierzęta z wyspy i przetransportować je w bezpieczne miejsce. Fundacja podkreśliła jednak, że władze Warszawy nie umiały wskazać odpowiedniego miejsca, do którego można by przewieźć zwierzęta. Kozy ostatecznie trafiły do gospodarstwa użyczonego fundacji przez jedną z wolontariuszek.

„Miasto nie czuło się w moralnym obowiązku pomóc zwierzętom, których połowa, czyli ok. 30 sztuk przypłaciło zabawę miasta w ekologię swoim życiem” - podkreśliło Animal Rescue.

Zdaniem fundacji, scenariusze stołecznych władz polegały albo na pozostawieniu kóz na wyspie, albo na oddaniu ich właścicielowi, który w ocenie Animal Rescue znęcał się nad nimi ze szczególnym okrucieństwem. Żadne z tych rozwiązań nie było dla fundacji do zaakceptowania.

Dla fundacji problemem okazało się również niezwrócenie przez władze miasta uwagi na to, że w ich projekcie biorą udział zwierzęta, które są niezakolczykowane i nie posiadają numeru stada. Kozy w związku z tym pozbawione były ochrony i nadzoru Powiatowego Lekarza Weterynarii.

„Ten błąd ratusza sprawił, że żadne współpracujące z nami gospodarstwo nie mogło ich przyjąć nie ryzykując utraty swojego numeru stada”.
- wyjaśniła Animal Rescue.