„Polityka” Vegi to takie „Ucho prezesa”, tylko że gorsze. Dużo gorsze. RECENZJA

Ewa Kasprzyk jako premier Beata Szydło w "Polityce" / fot. mat. pras.

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl

Kontakt z autorem

  

Ponaddwugodzinny seans luźno powiązanych ze sobą wątków, przeplatany łzawymi wstawkami na temat opłakanego stanu moralnych kręgosłupów polityków i ciężkiego losu polskiego wyborcy, który jest skazany na losowanie między dżumą a cholerą. Patryk Vega w „Polityce” nie tylko nie odkrywa Ameryki, ale dosłownie torturuje widza żonglerką znanych i oklepanych legend rodem z ulicy Wiejskiej. Najwidoczniej „król box office’u” tak bardzo zapędził się w zbijaniu kasy na filmowej sensacji, że jakość ustąpiła miejsca ilości.

Wyobrażam sobie, że pomysł na film „Polityka” mógł powstać mniej więcej tak: „Patryk Vega dryfuje na dmuchanym flamingu przy którejś z rajskich plaż, a na materacu obok wygrzewa się scenarzysta Rafał Olszewski. Nagle, ten drugi, nieco zamroczony trzecią pinacoladą tudzież margaritą, wypala: - Ej, Patryś! A może byśmy tak nakręcili film o polskiej polityce? Wiesz, wybory idą, hehe, frekwencja znowu eksploduje, hehe. Na co Vega zdejmuje okulary przeciwsłoneczne w wysadzanych brylantami oprawkach i z błyskiem w oku odpowiada:  - Wiesz, pracuję już nad paroma projektami, ale w sumie to czemu nie? Kto bogatemu zabroni? Nie krępuj się. Weź z kasy, ile ci trzeba i lecimy z tematem. Warunek jest jeden: ma być gorąco. Nie mniej gorąco, niż tutaj - w tropikach. Deal? - Deal!”.

Nawet jeśli ta wizja ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, to dobrze oddaje efekt końcowy „Polityki”. A ten jest taki, że ponad dwie godziny seansu odgrzewanego kotleta, poprzedzone kampanią, która miała tylko zaostrzyć apetyt („Ten film obnaża prawdziwą twarz polskich polityków” - grzmi przecież Vega w spotach reklamujących „Politykę”), sprawiają, że widzowie mają ochotę uciec z kina po trzydziestu minutach, ewentualnie - ci bardziej wytrwali - zaciskają zęby i z tęsknotą oczekują końca tej farsy. Ja ten ciężar wzięłam na siebie i nowy film Patryka Vegi obejrzałam. Po to, żebyście Wy już nie musieli tego robić.

Fabuły „Polityki” nie da się sensownie streścić, gdyż nie mamy tu do czynienia z klasyczną opowieścią poprzedzoną ekspozycją, zawiązaniem akcji, jej zwrotami i przynoszącym katharsis finałem. Ten film to raczej zlepek wybieranych na chybił trafił anegdot i legend rodem z sejmowych kuluarów. Dla Vegi i Olszewskiego nie liczy się, czy wątki są ze sobą powiązane, za nic mają chronologię zdarzeń, a zamiast inteligentnych mrugnięć okiem do widza, stawiają na toporne analogie. Zasada jest jedna: „Polityka” to worek, w którym należy upchnąć wszystko, co może w najmniejszym stopniu zelektryzować publiczność. Uchodźcy? Bierzemy! Gender? Jazda z tym! Płomienny romans posła z modelką (koniecznie okraszony wyuzdanymi scenami seksu)? W to mi graj! Minister wciągający kokainę i tańczący do disco-polo? No jasne! No dobra, ta ostatnia przytoczona scena, jako wyjątek potwierdzający ogólną tendencję, była akurat bardzo zabawna. Ale to trochę mało jak na film, który miał doprowadzić do czerwoności publikę i wprowadzić zamęt w kampanii przedwyborczej, prawda? Jeśli już jednak miałabym się wysilić i znaleźć jakieś plusy, to z pewnością można do nich zaliczyć charakteryzację (Andrzej Grabowski jako prezes - chapeau bas, podobnie Ewa Kasprzyk nawiązująca do premier Szydło - nie do poznania!) i grę aktorską - Antoni Królikowski wcale-niegrający-Bartłomieja-Misiewicza (twórcy odcinają się od jego postaci w komunikacie na końcu filmu - czyżby ktoś tu przestraszył się pozwu?) jest po prostu cholernie śmieszny, a Marcin Bosak wcielający się w Mateusza Morawieckiego odtwarza nawet mikroekspresje premiera, tworząc naprawdę fantastyczną kreację. Ale to wciąż za mało, by uznać "Politykę" chociaż za cień czegoś, co miałoby być diagnozą kondycji zawodników z Wiejskiej. 

Losowe skecze i gagi przytaczane przez Vegę przeplatane są próbami spojrzenia na świat polityki oczami zwykłego obywatela, który (całkiem słusznie) domaga się od sprawujących władzę odpowiedzialności za losy państwa i dobrobyt jego mieszkańców. Ale nawet to zostało spaprane przez dobór obsady. Maciej Stuhr, który najpierw masuje chore kolano prezesa, a potem z wyczuwalną mieszaniną rozczarowania i pogardy nazywa go „małym księciem”, czy wreszcie Daniel Olbrychski jako wzór uczciwego obywatela wmanewrowanego w brudną grę polityczną, po prostu nie przekonują. Rozumiem zamysł twórców - oto krytykujący na co dzień ekipę rządzącą celebryci, niemal ze łzami w oczach, w szczerym uniesieniu, punktują tyranów władzy. Problem w tym, że takie ckliwe wstawki, zamiast chwili zadumy, powodują u widza ciarki żenady.

Spekulacje towarzyszące promocji filmu były podsycane nie tylko przez samego reżysera, ale również przez publicystów („ciekawe, czy uderzy tylko w PiS, czy opozycji też się dostanie”) i - niestety - przez polityków, którzy jeszcze na długo przed premierą stosowali „ataki wyprzedzające” i odnosili się do fabuły nieobejrzanego filmu, narażając się na śmieszność. Nie, „Polityka” nie obnaża „prawdziwego oblicza polskiej polityki” (w każdym razie nie tego, którego dotąd byśmy już nie znali). Obnaża jedynie słabość „króla box office’u”, który tak bardzo pokochał zarabianie na kinie, że zapomniał o minimalnym szacunku dla inteligencji widza.

Czy to z kolei wpłynie na oglądalność filmu, trudno na razie stwierdzić. Vega doskonale wie, na których strunach zagrać, dzięki czemu już nie raz pobił frekwencyjne rekordy. Prawdopodobnie wydawało mu się, że połączenie jego nazwiska i polskiej areny politycznej (zwłaszcza po tym, co przedstawił m.in. w „Służbach specjalnych”, czy „Botoksie”) okaże się przepisem na kolejny znakomity biznes. Być może potencjalni widzowie, żądni krwistych kawałków w trwającej kampanii przedwyborczej, łykną ten haczyk i zajrzą do kin. Jeśli jednak ktoś nie odczuwa takiej konieczności, proponuję się wstrzymać i poczekać aż film trafi do telewizji (ale raczej nie tej publicznej, choć… kto wie, co przyniesie nam 13 października…?). Na „Politykę” w wydaniu Vegi naprawdę szkoda czasu i pieniędzy. Zwłaszcza że zamiast tego, dołożywszy trochę grosza, można pójść na spektakl „Ucho prezesa. Scheda” (które Vega nieudolnie próbuje naśladować) w stołecznym Teatrze 6. Piętro (o sztuce pisaliśmy TUTAJ). Słowem - zamiast bomby, "eksplodował" kolejny kapiszon. A szkoda, bo mogło być naprawdę gorąco.

Ocena: 3/10

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Koszalin: ruszył proces gangu narkotykowego

/ Pixabay

  

Przed Sądem Okręgowym w Koszalinie ruszył proces 37-letniego Tomasza L., oskarżonego o zorganizowanie gangu narkotykowego, oraz 13 domniemanych członków tej grupy. Sąd wznowił przerwaną w poniedziałek rozprawę, wcześniej odraczaną. Wyjaśnienia składał główny oskarżony.

Zorganizowana grupa przestępcza miała działać w województwie zachodniopomorskim, z którego pochodzą wszyscy oskarżeni, od 2013 r. do czerwca 2017 r. Według prokuratury, grupa wprowadziła do obrotu w Białogardzie, Kołobrzegu, Karlinie i Czaplinku co najmniej 42 kg marihuany, 13 kg amfetaminy, 350 g mefedronu i 1300 tabletek extasy - łącznej wartości ponad 2,2 mln zł.

Prokurator Prokuratury Okręgowej w Koszalinie Joanna Struś–Prokop odczytała w sali rozpraw akt oskarżenia. Tomasza L. oskarżyła o kierowanie grupą przestępczą, która wprowadzała do obrotu znaczne ilości narkotyków, a pozostałe osoby o udział w tej grupie. Struś-Prokop miała to zrobić na poniedziałkowej rozprawie, ale ta - wcześniej już odraczana - została przerwana ze względu na niestawiennictwo jednego z obrońców.

Przed sądem wyjaśnienia składał główny oskarżony Tomasz L. z Białogardu. Przed zatrzymaniem zarządzał firmą transportową żony. Nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Zaznaczył, że "nie wywodzi się z nizin społecznych", a jego status finansowy przez lata "się poprawił", nie miał zatem powodów, by "zajmować się narkotykami". Przyznał, że incydentalnie kupował papierosy bez akcyzy czy tabletki meldonium, by podnieść wydolność organizmu.

Jego zdaniem rozmowy telefoniczne, które prowadził ze znajomymi, w tym współoskarżonymi, pozyskane podczas działań operacyjnych przez policję, "są wyrwane z kontekstu", "są w nich cytaty z gazet, z filmów", nie "mają formy nakazu, trybu zastraszania", "to rozmowy między znajomymi". Poinformował, że mimo aresztowania zgromadził część dokumentów, które potwierdzą zasadność prowadzonych rozmów i dowiodą, iż "dotyczyły wyłącznie spraw firmowych i przysług koleżeńskich", m.in. odbierania faktur, robienia zakupów do firmy.

Zaznaczył, że nie stosował wobec pozostałych oskarżonych gróźb, przemocy psychicznej czy fizycznej. Przyznał, że miał ofertę przewozu narkotyków, ale jej nie przyjął.

Oskarżony podtrzymał treść protokołów z przesłuchań w śledztwie, które przeczytał sędzia. Nie ustosunkował się w nich do treści odtwarzanych mu rozmów telefonicznych i obciążających go zeznań innych podejrzanych.

Prokuratura Okręgowa w Koszalinie oskarżyła Tomasza L. o zorganizowanie i kierowanie grupą przestępczą, a 15 innych osób o udział w niej. Poza tym oskarżonych było także pięć osób, które - według prokuratury - nie były członkami grupy.

W marcu te 21 osób stanęło przed sądem. Sędzia Katzig poinformował wówczas o możliwości zakończenia sprawy poprzez poddanie się karze. Skorzystanie tego zadeklarowali oskarżeni niebędący członkami grupy i trzej jej członkowie. Sąd wyłączył wtedy do odrębnego rozpoznania postępowania wobec 8 osób. Wobec trzech zapadły już wyroki. Jedna z tych osób została skazana na bezwzględne więzienie, dwie mają wyroki w zawieszeniu. Sprawę czterech oskarżonych rozpoznaje sąd w Drawsku Pomorskim. Natomiast sprawa jednego z domniemanych członków grupy przestępczej została ponownie włączona do procesu gangu, bo ostatecznie nie doszło do dobrowolnego poddania się karze.

Zorganizowanie lub kierowanie grupą przestępczą jest zagrożone karą do 10 lat pozbawienia wolności, udział w niej - do 5 lat więzienia, a za wprowadzanie do obrotu znacznych ilości narkotyków grozi do 12 lat w zakładzie karnym.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl