Komorowski i WSI. Dorota Kania pisała już o tym w 2007 roku - we "Wprost"

Tomasz Adamowicz/Gazeta Polska

Dorota Kania

Szefowa działu krajowego „Gazety Polskiej Codziennie”, redaktor naczelna Telewizji Republika, wicenaczelna portalu Niezależna.pl oraz dziennikarka śledcza „Gazety Polskiej”.

Kontakt z autorem

  

Tajna grupa oficerów działała w Sejmie i hotelu sejmowym. Stosowała techniki operacyjne, m.in. podsłuchiwanie telefonów komórkowych. Funkcjonariusze mieli też zbierać materiały obciążające parlamentarzystów. Tak w 2000 r. byli nielegalnie inwigilowani przez Wojskowe Służby Informacyjne posłowie z sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Zachowały się dowody tej operacji, m.in. tajne notatki i sprawozdania - pisała Dorota Kania we "Wprost" już siedem lat temu. Poniżej całość artykułu

Kto ponosi odpowiedzialność za nielegalne działania tajnej grupy WSI? Nasi rozmówcy wskazują na gen. Tadeusza Rusaka, byłego szefa WSI, którego nazwisko nie znalazo się w pierwszej części raportu z weryfikacji tych służb w kontekście łamania prawa. W sprawie pojawia się też nazwisko Bronisława Komorowskiego, ówczesnego ministra obrony.

Absolutny skandal

W tle operacji WSI były ogromne pieniądze. W 2001 r. miała nastąpić gruntowna modernizacja techniczna sił zbrojnych, przygotowywano decyzje o unowocześnieniu armii i zakupach uzbrojenia oraz sprzętu wojskowego. Posłowie zajmowali się też opiniowaniem rządowego projektu dotyczącego wyboru samolotu wielozadaniowego. Ważyły się także losy szkół wojskowych. – Chodziło o to, by wiedzieć, jakie decyzje mogą być podjęte przez komisję w sprawie konkretnych ustaw i wniosków ministra obrony. Ta wiedza dawała możliwość odpowiednio szybkiej reakcji. Materiały z tych operacji trafiały do dowódców, a później miały być przekazane szefom WSI – twierdzą nasi rozmówcy. W komisji zasiadali wówczas m.in. Jerzy Szmajdziński (SLD), Janusz Zemke (SLD), Janusz Onyszkiewicz (UW), Paweł Graś i Paweł Piskorski, wówczas posłowie niezrzeszeni. Szefem WSI był Tadeusz Rusak, a jego zastępcami Mariusz Marczewski i Kazimierz Mochol.

– Nic mi na ten temat nie wiadomo. Materiały operacyjne trafiały do innych osób z kierownictwa, ale nie mogę powiedzieć do kogo, bo naraziłbym się na ujawnienie tajemnicy państwowej – mówi dziś Mariusz Marczewski. Z kolei gen. Tadeusz Rusak nie chciał z nami rozmawiać. Zdumienia nie kryje natomiast późniejszy szef WSI Marek Dukaczewski. – Jeżeli do czegoś takiego doszło, to mamy do czynienia z absolutnym skandalem – ocenia Dukaczewski.

Skok na WAT

Pierwszy ślad nielegalnych działań tajnej grupy WSI wobec posłów z sejmowej Komisji Obrony pojawił się w grudniu 2000 r., gdy posłowie mieli się zająć ustawą o szkolnictwie wojskowym. Dlaczego WSI tak bardzo interesowały się na pozór mało znaczącą ustawą? – Ważyła się przyszłość Wojskowej Akademii Technicznej. Planowano, przekształcenie jej w uczelnię cywilną. Była też koncepcja, by połączyć WAT z innymi uczelniami w ramach powołania jednolitego uniwersytetu wojskowego. Ale służbom wojskowym zależało na tym, by nic się nie zmieniło, bo uczelnia była kurą znoszącą złote jajka – mówią nasi rozmówcy. Jako przykład podają sprawę opisaną w I części raportu komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych. WAT zawarła umowy leasingowe z korporacją Adar, przy czym korzyści odnosiła głównie ta ostatnia. Jej przedstawicielem był człowiek, który posługiwał się kilkoma paszportami, występował m.in. jako Litwin Valerijus Baskovas, Białorusin Igor Kapylov lub jako Cypryjczyk Konstantinos Pelivanidis. W latach 1996-2001 WAT zawarła z Adarem m.in. umowę leasingowania jachtu na sumę ponad 50 mln zł. Pieniądze z umów WAT z korporacją trafiały na konto cypryjskiego banku. – Wiem, że WSI bardzo interesowały się WAT, i to nie tylko ze względu na rutynową kontrolę kontrwywiadowczą. Tam kwitły różnego rodzaju interesy, w których tle były służby – mówi „Wprost" Robert Lipka, wiceszef MON w rządzie AWS.

Tajne nagranie

– Zamieszanie pamiętam, nic mi natomiast nie wiadomo w sprawie operacji WSI wobec posłów – mówi Janusz Zemke, który zasiadał w sejmowej Komisji Obrony. Takich działań nie przypomina sobie też poseł PO Paweł Graś. Fakt inwigilacji potwierdza Krzysztof Borowiak, dyrektor Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON. Jego zdaniem, zdobyte w czasie inwigilacji materiały mogły trafić do ówczesnego szefa MON Bronisława Komorowskiego. Borowiak twierdzi, że ministerstwo reprezentowało stanowisko odmienne od opinii kierowanego przeze niego departamentu. – Kiedy zwróciłem się w tej sprawie do przewodniczącego Komisji Obrony Narodowej Stanisława Głowackiego (AWS), utraciłem zaufanie ministra – tłumaczy Borowiak. – Doszło do przedziwnej sytuacji. Podczas rozmowy z szefem MON Bronisławem Komorowskim puścił mi on nagranie z poczty głosowej telefonu komórkowego Głowackiego. Było to moje nagranie. Minister zaprezentował mi je z komentarzem, że to dowód na moją nielojalność i brak możliwości współpracy. Ciekawe, skąd wziął to nagranie – mówi Borowiak. – To bzdury. Nie mam zwyczaju posługiwać się tego typu metodami – zdecydowanie zaprzecza w rozmowie z „Wprost" Bronisław Komorowski. 

WSI u Szeremietiewa

O dziwnych zdarzeniach towarzyszących pracy Komisji Obrony w tamtym okresie opowiada ówczesny wiceszef MON Romuald Szeremietiew. – W kwietniu 2001 r. zauważyłem, że z naszych obrad wyciekają ważne informacje. Informacje z prac zespołu przedostawały się do ludzi związanych z branżą zbrojeniową. Zwróciłem się wtedy pisemnie do szefa WSI Tadeusza Rusaka o podjęcie działań. Na odpowiedź się nie doczekałem, bo w lipcu 2001 r. zostałem odwołany – mówi „Wprost" Szeremietiew.

Ostatecznie w 2001 r. nie doszło do zaplanowanych przez Sztab Generalny WP zmian w szkolnictwie wojskowym ani do rozstrzygnięcia przetargu na samolot wielozadaniowy. Materiały z nielegalnej operacji wojskowych służb trafiły do archiwum WSI.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl,Wprost


Wczytuję komentarze...

Kanadyjczycy nie chcą wielkich inwestycji

/ melissamahon

  

Kanadyjczycy krytycznie patrzą na wielkie inwestycje, na co dowodem jest m.in. fakt, że Toronto przegrało w wyścigu o inwestycje Amazona czy że mieszkańcy Calgary wypowiedzieli się przeciwko organizacji zimowych igrzysk olimpijskich.

Gdy we wtorek pojawiła się informacja, że Toronto przegrało w wyścigu o budowę tzw. HQ2, drugiej głównej siedziby Amazona, kanadyjskie media komentowały, że "Toronto, przegrywając w walce o siedzibę Amazona, wygrało". 50 tys. miejsc pracy obiecywanych przez tę firmę powstanie w Nowym Jorku i Arlington (w stanie Wirginia).

Toronto i miasta wielkiej aglomeracji wokół stolicy Ontario to siedziby wielu innowacyjnych firm technologicznych i ośrodki uniwersyteckie, więc – jak zwracali uwagę komentatorzy - pojawienie się tak dużego gracza jak Amazon oznaczałoby kłopoty ze specjalistami dla już działających podmiotów. Jak szacowała firma analityczna CBRE, w ostatnich dwóch latach Toronto i tak było najszybciej rosnącym w Ameryce Północnej rynkiem technologicznym i tylko w ciągu 2017 r. przybyło tu prawie 29 tys. miejsc pracy w sektorze.

Jak wyliczała publiczna telewizja CBC, aglomeracja Toronto jest atrakcyjna zarówno ze względu na dużą liczbę wykwalifikowanych pracowników, jak i np. kanadyjski system bezpłatnej opieki zdrowotnej. Ale stolica Ontario nie starała się o zachęcenie Amazona ulgami podatkowymi, podczas gdy zwycięzcy w wyścigu o inwestycję obiecali łącznie ponad 2 mld dol. ulg podatkowych i innych zachęt inwestycyjnych.

Jak wskazywali specjaliści, Toronto i tak jest atrakcyjne i od lat zmaga się z problemem rosnących cen domów i mieszkań oraz czynszu za wynajem. W ciągu minionych ośmiu lat ceny nieruchomości w Toronto wzrosły o ponad 100 proc. Dopiero w ostatnich miesiącach wzrost ten zahamował. W czwartek agencja Bloomberga opublikowała analizę kanadyjskiego rynku nieruchomości, wskazując, że najnowsze dane świadczą o trwającym właśnie "miękkim lądowaniu".

Z kolei burmistrz miasta John Tory w ubiegłym tygodniu informował, że już samo przygotowanie oferty dla Amazona się opłaciło, bo pakiet informacyjny o Toronto przygotowany dla tej firmy pobrało dodatkowo ponad 17 tys. osób potencjalnie zainteresowanych.

Tego samego dnia, gdy ukazała się informacja o przegranej Toronto, w Calgary, trzecim co do wielkości kanadyjskim mieście, odbywało się referendum w sprawie zorganizowania zimowych igrzysk olimpijskich w 2026 r. 56,4 proc. mieszkańców - według wstępnych wyników – nie chce zimowej olimpiady, choć Calgary już gościło taką imprezę w 1988 r. Olimpijska inwestycja miała kosztować ponad 5 mld dolarów kanadyjskich.

Oficjalny komentarz radni Calgary przedstawią dopiero w poniedziałek, ale burmistrz Naheed Nenshi już powiedział, że pomysł "upadł". Francuski dziennik "L’Equipe" cytował przedstawicieli Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, którzy nie byli zdziwieni rezultatem referendum, wskazując na wcześniejsze "dyskusje polityczne i brak pewności do ostatniej chwili".

Media cytowały przeciwników zimowej olimpiady w Calgary, którzy wskazywali na potrzeby miasta związane z budową zabezpieczeń przeciwpowodziowych (w 2013 r. Calgary doświadczyło największej w swojej historii powodzi), rozbudową transportu publicznego, budownictwem komunalnym czy wreszcie na ryzyko podniesienia podatków w chwili, gdy Calgary potrzebuje długoterminowych inwestycji. 25 proc. powierzchni biurowych w mieście stoi puste. Jak podkreślano w mediach, mieszkańcy Calgary wolą się skoncentrować na lokalnych potrzebach, wskazują też na zniechęcające do olimpijskiej idei doniesienia z minionych lat o niejasnościach wokół finansowania igrzysk.

Kanadyjczycy patrzą krytycznie na gigantyczne inwestycje pojedynczych firm czy organizacji nie tylko ze względu na oferowane im np. ulgi podatkowe. Zajmujący się dziennikarstwem śledczym internetowy magazyn "The Intercept" pisał we wtorek o rosnących wątpliwościach w sprawie planowanej przez firmę Google zabudowy terenów w południowo-wschodniej części śródmieścia Toronto. To "inteligentne miasteczko" zbierałoby olbrzymią liczbę danych nie tylko o swoich mieszkańcach, ale także o przypadkowych przechodniach. Jak podkreślał "The Intercept", wątpliwości budzi umożliwienie Google przejęcia zarządzania nad organizmem miejskim. Jak dodał magazyn, w Toronto powstała organizacja łącząca specjalistów i mieszkańców w próbie dyskusji na temat ryzyka traktowania danych osobowych jako towaru na sprzedaż. W minionych tygodniach z udziału w pracach nad projektem zrezygnowała była szefowa nadzoru nad ochroną danych osobowych w Ontario Ann Cavoukian. "Sądziłam, że będziemy tworzyć inteligentne miasto prywatności, a nie inteligentne miasto nadzoru" - podkreśliła.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl