Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Uścisk salonu i czarnej sotni

Charakterystyczne jest dla krajów peryferii, że pojawiają się w nich niewidoczne w innych częściach świata mutanty. Żółwie ze skrzydłami, ryby z kopytami, sarenki z kłami wilków.

Autor:

Charakterystyczne jest dla krajów peryferii, że pojawiają się w nich niewidoczne w innych częściach świata mutanty. Żółwie ze skrzydłami, ryby z kopytami, sarenki z kłami wilków. W wydaniu skrajnej prawicy – zachwyt nad Witoldem Pileckim, który zginął w czerwonych katowniach, wraz z podziwem dla Rosji.

W dyskusji, jaka rozgorzała w związku z Marszem Niepodległości, na pierwszy plan wysuwają się emocje. Najczęściej dotyczące identyfikacji z symbolami, których używają obie strony, z odwołaniami historycznymi, poprzez które interpretują one współczesną rzeczywistość, ze strachem przed upiorami, jakie jedna ze stron ewokuje, bądź z policyjną prowokacją.

Lis i niedźwiedź

Każdy z tych elementów jest bardzo istotny. Warto jednak zwrócić uwagę, że mamy do czynienia ze stronami sporu, które mają w gruncie rzeczy bardzo podobne cele i sposoby ich osiągania. Co więcej, dążą do – pytanie na ile intencjonalnie – modelu, który stanie się formułą utrwalenia status quo.

Warto też dodać, że o ile fakt, iż grupy marginalne chwytają się bardzo często „brzytwy”, aby uzyskać jakikolwiek wpływ na społeczeństwo i utrzymać swoją bazę polityczną, o tyle fakt, że dzisiejszy establishment polityczny buduje swoją pozycję tylko poprzez odpowiednie prowokowanie grup skrajnych i utrzymywanie ich potencjału w obrębie polskiej przestrzeni politycznej, powinno budzić niepokój. Bardziej niż ONR‑em martwię się policją strzelającą do babci. Choć daleko mi do bełkotu oenerowców.

Pamiętacie Państwo taką częstą historię z bajek dla dzieci? Dwóch wrogów w normalnej sytuacji dążących do wzajemnej śmierci, w osiągnięciu celu jednoczy siły. Często, zwłaszcza w bajkach rosyjskich, są to lis i niedźwiedź. Oczywiście jeden jest silniejszy i mógłby zgnieść drugiego, ale czas jest ciągle niesprzyjający. Zaś ten mniejszy, lis, czeka cierpliwie na swoją okazję. Ale do czasu, przy szczerej nienawiści, współpracują. Dowcip polega na tym, że nie jesteśmy tak daleko od sytuacji, w której obaj ci bohaterowie bajek stworzą trwały system współpracy.

Obu stronom bowiem zależy tak naprawdę na tej samej rzeczy – na utrzymaniu zwolenników Marszu Niepodległości w przeświadczeniu, że nie mają oni prawa do swojej reprezentacji w sferze publicznej. Dzięki temu uzyskują legitymizację własnego istnienia. I w tym paradoksalnym pozornie sojuszu tkwi największe zagrożenie, które może doprowadzić tak naprawdę do petryfikacji obecnego układu politycznego.

Superniania o czarnej sotni

Wykluczenie z przestrzeni publicznej ludzi identyfikujących się z Marszem Niepodległości pozwala obecnemu układowi warunkować do siebie nienawiść i agresję, które potem, puszczone odpowiednimi medialnymi kanałami, zostają przedstawione własnemu elektoratowi – w celu mobilizacji. Przedstawiając upiory z Marszu Niepodległości, Salon sam siebie obwołuje strażnikiem normalności. Jego władza i siła, pozycja dominująca będą tylko o tyle silne, o ile będzie istnieć zagrożenie – więc to zagrożenie Salon będzie produkował, prowokował i maksymalnie wykorzystywał do wzbudzenia niechęci bądź agresji u przeciwnej strony. Oczywiście jest to taktyka kompletnie kontrskuteczna, jeśli chodzi o realne rozwiązanie problemu ruchów takich jak ONR et consortes. Odwrotnie, ma ona tak naprawdę utwierdzać te ruchy i pozwalać im dalej trwać. Gdyby chcieć intepretować to jakoś inaczej, to przecież należałoby jakkolwiek porozumieć się z tymi ludźmi, zastanowić się nad żądaniami, emocjami i symbolami, które wyprowadzają ich na ulice. Zamiast tego mamy zalew nienawiści i inwektyw wobec nich. Bełkot o faszyzmie. Wrzaski naczelnych celebrytów o hołocie i barbarzyństwie. Supernianię z TVN24, która popiskuje na Twitterze o czarnej sotni ante portas Warszawy. Kretynów – jak Żakowski i Blumsztajn czy na dostawkę Hartman – których jedynym celem jest wywołanie wrażenia w odbiorcach Marszu Niepodległości – którzy, co oczywiste, w większości nie sympatyzują z ruchami à la ONR i MW – że tylko w grupach skrajnych i negujących aktualną demokrację parlamentarną znajdą zrozumienie. Dochodzi do częstej sytuacji, opisywanej choćby przez Hannah Arendt, gdy dominujący układ polityczny sam siebie legitymizuje, warunkując trwałą nienawiść wobec siebie tych, których wyklucza. Tak właśnie powstaje mit Marszu Niepodległości. Mit bardzo opłacalny dla obu stron.

ONR jako burżuj

Teoria mitu Marszu Niepodległości ma ogromne historyczne i psychologiczne znaczenie dla odbiorców propagandy PO. W momencie gdy wizja potwora Kaczyńskiego, nawet mimo eksponowania sprawy trotylu, i tak nie jest w stanie uaktywnić optymalnych dla PO emocji społecznych, tylko ONR czy MW pozostają jako fundamenty teorii mitu negatywnego, na którym można skupić negatywne emocje – napiętnować tych, którzy godni są nienawiści i pogardy tzw. młodych, aspirujących. Teoria mitu Marszu Niepodległości wskazuje dzisiejszemu elektoratowi PO, czyli niespełnionym, a aspirującym do lepszego życia w wymiarze czystej konsumpcji obywatelom naszego państwa, tego, kogo należy się bać, tego, kto zagraża. Więcej, gdyby chcieć odnosić się do przykładów z historii, to widzimy bardzo ciekawą analogię mitu Marszu Niepodległości do mitu, jakim posługiwali się komuniści z czasu przed rewolucją do napiętnowania swoich przeciwników.

Paradoksalnie ONR dla leminga jest tym, czym dla proletariusza kiedyś burżuazja. Trzyma go w stanie ciągłego pobudzenia, mobilizacji, przerażenia i potrzeby instytucjonalnej gwarancji ograniczenia. Jest też inny element. Salon tego rządu i stowarzyszonych z nim środowisk „intelektualnych” i medialnych dąży do wykluczenia potężnego segmentu historii poza nawias tzw. oficjalnej refleksji historycznej. Nie chce, by stał się on elementem pamięci wspólnoty. W wypadku spadów z „GW” jest to efekt ich zaangażowania w kłamstwa na początku transformacji. W wypadku Platformy to już tylko efekt reprezentowania tego towarzystwa. Ale w obu wypadkach sytuacja – gdy o potężnym i pięknym kawałku polskiej tradycji, np. o Żołnierzach Wyklętych będzie mówił głośno tylko ONR i ten topos historyczny z nimi będzie kojarzony – jest po prostu idealna. Jest to niezwykle groźna sytuacja, którą celnie opisuje Wanda Zwinogrodzka w tekście do „Gazety Polskiej Codziennie” z 16 listopada 2012 r.

Perwersyjna symbioza

Z drugiej strony przyczyny, dla których grupy takie jak ONR i MW chcą utrzymać swój elektorat poza obrębem sfery publicznej, są jeszcze łatwiejsze do zrozumienia. Tylko w ten sposób są w stanie oderwać go od istniejącej już w przestrzeni politycznej opozycji prawicowej i republikańskiej, tylko w ten sposób są w stanie warunkować swoje skrajne hasła i rewolucyjny program. Ewentualna wyciągnięta ręka ze strony „mainstreamu”, państwa byłaby dla nich nokautującym ciosem, który pozbawiłby ich legitymacji. Zresztą, abstrahując tu od ich politycznej prorosyjskości, warto przeanalizować dyskurs intelektualny i symboliczny tej grupy. Wyjątkowo często powracają tam tezy żywcem wyjęte z refleksji niejakiego Aleksandra Dugina. Dugin to wieloletni bliski współpracownik Putina, rosyjski polityk, geopolityk i historyk religii. Zwolennik tzw. eurazjatyzmu, który najprościej określić jako wiarę w możliwość połączenia dziedzictwa komunizmu z tradycją rosyjską, także religijną. Jego koncepcja jest postulatem skrajnego antyamerykanizmu połączonego z dominacją paradygmatu interesów Rosji w starej strefie wpływów ZSRS.

Nie chodzi tu o analizę słuszności tej koncepcji. To, co uderza, to fakt, że przeniesiona na nasz polski grunt nie ma ona najmniejszego sensu. I z tym wiąże się ciekawy aspekt narracji grup takich jak ONR czy MW. Tego typu ugrupowania nie mają żadnego problemu mieszać dyskurs Dugina (skrajnie prorosyjski, wręcz prosowiecki) z wiarą w Żołnierzy Wyklętych i postulatem oddawania im hołdu.

I tak duginowska narracja, że lepszy ZSRS niż zachodnia demokracja, bo w ZSRS było bardziej konserwatywnie (np. w kwestii aborcji), zostaje połączona z wynoszeniem na piedestał bohaterów walki z czerwonym okupantem. Kiedyś Dariusz Gawin podczas publicznej dyskusji wprowadził obraz tzw. popromiennych mutantów. Istot, które łączą w sobie najbardziej absurdalne poglądy. Jest to charakterystyczne dla krajów peryferii, które z zasady są bardziej chłonne przyjmować zewnętrzne poglądy niezależnie od stopnia ich nie-koherentności. Czy to prawicowe, czy lewicowe. I tak mamy niewidoczne w innych częściach świata mutanty. Żółwie ze skrzydłami, ryby z kopytami, sarenki z kłami wilków. W wydaniu skrajnej prawicy – zachwyt nad Pileckim, który zginął w czerwonych katowniach, wraz z podziwem dla Rosji.

Uderza też tak naprawdę obcość tego myślenia, Z konieczności sytuuje się ono poza ramami jakiegokolwiek dialogu, nie uznaje bowiem żadnych obecnych aksjomatów politycznych, które mogłyby stać się podstawą dalszej dyskusji politycznej.

I tak obie grupy, tzw. narodowcy i mainstream Salonu, pasożytują na wytworzeniu opozycji między państwem a politycznością, między treściami, które winny być połączone – zarówno dla zdrowia państwa, jak i jakiegokolwiek spójnego jego istnienia. Jedna strona wytwarza wrażenie, że całe przestrzenie refleksji politycznej i jej istnienia w wymiarze ekspresji – choćby na ulicach, choćby poprzez odwołania do konkretnych elementów historii – nie mają prawa istnieć – tym samym negując w ogóle polityczność. Druga strona analogicznie usiłuje przekonać, że te formuły polityczności wymagają destrukcji państwa. To wzajemne wypełnianie się jest uderzające.

Reasumując, obie strony negując możliwość dialogu i istnienia w sferze publicznej, wzajemnie czerpią z siebie siły, pasożytując na sobie nawzajem i wytwarzając rodzaj perwersyjnej symbiozy.

Autor:

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane