Codzienna” dotarła do danych, jakie centra udostępniły Federacji Przedsiębiorców Polskich. Wynika z nich, że łączne należności wobec RCKiK to około 100 mln zł, przy czym najgorsza sytuacja jest w trzech regionach: na Mazowszu, Śląsku i w Lubelskiem. Warszawskie centrum czeka na ponad 20 mln zł, katowickie na ponad 10 mln, a lubelskie na ponad 14 mln zł.
Zagrożona płynność RCKiK
Te liczby pokazują mechanizm zatorów płatniczych, jakie powoduje brak pieniędzy z NFZ. W tym przypadku ten mechanizm ma bardzo groźne skutki dla całego systemu ochrony zdrowia i przede wszystkim może mieć fatalne skutki dla pacjentów. Część podmiotów leczniczych nie reguluje w terminie należności wobec placówek publicznej służby krwi. Zaległości dotyczą przede wszystkim szpitali znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej. Brak terminowych płatności wpływa negatywnie na płynność finansową RCKiK i może zagrażać stabilności ich funkcjonowania
– mówi Wojciech Wiśniewski, ekspert ds. ochrony zdrowia Federacji Przedsiębiorców Polskich.
W przypadku systemu krwiodawstwa jest on w sensie prawnym służbą, w odróżnieniu od placówek ochrony zdrowia, które mogą być prywatne, publiczne, podporządkowane samorządom czy resortom itd. W przypadku krwiodawstwa jest to sieć placówek pod nadzorem ministra zdrowia i tworzy „publiczną służbę krwi”. W sensie ekonomicznym funkcjonuje jak sieć usługodawców, która zapewnia innym podmiotom leczniczym zaopatrzenie w krew i pochodne. Realizuje także szereg zadań wobec pacjentów, np. rozwozi leki chorym na hemofilię. Środki, jakie pozyskuje, to właśnie opłaty z tytułu użycia preparatów krwi w procedurach medycznych, za które płaci szpitalom NFZ. Szpitale z tych środków powinny płacić centrom. Kiedy same nie mają pieniędzy, nie płacą, a centra muszą im nawet w takiej sytuacji udostępniać krew i jej preparaty.
Pieniędzy nie płacą, długi rosną
– Regionalne centra krwiodawstwa i krwiolecznictwa pełnią ważną funkcję w systemie ochrony zdrowia. Odpowiadają za pobór, przechowywanie i dystrybucję krwi oraz jej składników, dbając jednocześnie o bezpieczeństwo zaopatrzenia w krew szpitali w całym regionie. Dostępność krwi jest niezbędna do ratowania życia i zdrowia pacjentów – wykorzystuje się ją podczas operacji, transfuzji, terapii onkologicznych oraz leczenia chorób hematologicznych. Ograniczenie funkcjonowania RCKiK może mieć poważne konsekwencje dla sprawności działania systemu ochrony zdrowia, szczególnie ratownictwa medycznego i lecznictwa szpitalnego. Trzeba też pamiętać, jak ważna jest sprawność tej sieci w sytuacji katastrofy czy konfliktu zbrojnego – tłumaczy Wiśniewski.
– Dlatego nawet jeśli podmioty medyczne nam nie płacą, muszą od nas dostać krew i jej pochodne. Sytuacja, mówiąc jak najbardziej delikatnie, jest dla nas mocno niekomfortowa
– mówi „Codziennej” dyrektor warszawskiego centrum dr Dariusz Piotrowski.
20 mln, jakie ustaliła w swoich danych FPP, dotyczą 22 grudnia. – Obecnie jest to już 28 mln zł, które są nam należne ze strony podmiotów leczniczych. Jednocześnie my mamy zobowiązania wobec naszych dostawców na ok. 17 mln zł. W tej sytuacji musimy „żebrać”, to znaczy prosić o przesuwanie terminów płatności, tłumaczyć, że współpracujemy tyle lat, więc muszą chwilę poczekać. Obecnie nie ma sytuacji dramatycznej, ale chodzi o to, by nie doprowadzić do takiej, w której staniemy na skraju przepaści – mówi nam Piotrowski i tłumaczy, że koszty funkcjonowania centrum są wysokie i nie jest tak, jak czasem słyszy od ludzi ze szpitali, że „przecież krew macie praktycznie za darmo”.
– Krew trzeba pobrać, przebadać, przechować. To oznacza zatrudnianie ludzi, utrzymywanie kosztownego sprzętu, opłaty za energię, ponieważ krew i jej pochodne muszą być utrzymywane w niskiej temperaturze. Wreszcie jest to utrzymanie sieci punktów terenowych poboru. W sytuacji, w której my nie mamy odpowiedniego preparatu, korzystamy z rezerw innych centrów regionalnych i płacimy im za to. Obsługujemy 150 podmiotów leczniczych w regionie, więc cały czas musimy być gotowi na zapewnienie im krwi i pochodnych
– tłumaczy dyrektor Piotrowski.
Podkreśla, że „jest daleki od siania paniki”. – Mamy krwiodawstwo na najwyższym światowym poziomie, chętnych do oddawania krwi nie brakuje, dotychczas takich problemów nie było. Pojawiły się teraz – mówi Piotrowski.
Będzie gorzej?
– Krew to jedyny lek, którego nie da się wytworzyć w fabryce. Brak środków dla centrów krwiodawstwa to przepis na krach systemu ochrony zdrowia i zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Raz zniszczonych instytucji nie będzie tak łatwo odbudować. Ten rok będzie jeszcze trudniejszy niż ubiegły i jeśli nie zostaną zaproponowane radykalne reformy, pieniądze mogą się skończyć już we wrześniu, maksymalnie w październiku – komentuje sytuację Janusz Cieszyński, poseł PiS i były wiceminister zdrowia. Przypomina, że budżet na zdrowie na ten rok, jaki przyjęła koalicja, zakłada dziurę w finansach NFZ na poziomie 23 mld. – Do tego trzeba doliczyć około 5 mld zobowiązań z 2025 r. – dodaje Wojciech Wiśniewski.
Dyrektorzy szpitali, z którymi rozmawiała „ Codzienna”, nieoficjalnie nie zaprzeczali, że w sytuacji ciągłego braku środków i niepewnych perspektyw na ten rok będą kredytować działalność placówek, m.in. nie płacąc usługodawcom, w tym centrom, tak długo, jak się da. O takiej strategii przetrwania (odsuwania płatności kontrahentom) mówił m.in. szef Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Powiatowych Waldemar Malinowski.
Jednocześnie w tym roku centra czeka wzrost kosztów funkcjonowania. Chodzi nie tylko o rosnące koszty energii, ale także podwyżki płac pracowników. Centra i ich personel są objęte ustawą podwyżkową, co do której rząd nie przeprowadził żadnej reformy.
W zaistniałej sytuacji 16 stycznia w sprawie funkcjonowania centrów zbierze się Podzespół ds. Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa, działający przy Trójstronnym Zespole ds. Ochrony Zdrowia. Posiedzenie zostało zwołane nie przez resort zdrowia, ale przez Federację Przedsiębiorców Polskich po analizie danych otrzymanych od RCKiK.