Teza, że dobrobyt uzależniony jest od członkostwa w Unii, nie jest udowodniona. Czy Polska poza UE rozwijałaby się wolniej? Prawdopodobnie tak. Ale pewności na ten temat nie ma, gdyż gonić Europę zaczęliśmy, zanim znaleźliśmy się w europejskiej wspólnocie. Największym hamulcem rozwoju wcale nie było pozostawanie poza UE, ale komunistyczny balast.
Co więc dzisiaj jest zdradą, a co lojalnością wobec Polski? Nie decyduje o tym z pewnością sam fakt przynależności do UE. Ważniejszy jest stosunek do własnego państwa. Póki troszczymy się o jego suwerenny byt, póty jesteśmy jego patriotami. Definicja „zdrady” obowiązująca w II Rzeczypospolitej nadal jest aktualna. Nowej stworzyć się nie da. Zakres pojęć „zdrady” i „patriotyzmu” ukształtował się dzięki ich funkcjonowaniu przez kilka pokoleń i jest już elementem naszej tożsamości. Świadome osłabianie naszego państwa, a szczególnie możliwości jego istnienia w przyszłości, jest wobec niego zdradą. A działanie na rzecz jego suwerennego istnienia – patriotyzmem.
Myślenie o dobru Polski musi uwzględniać refleksję o jej suwerenności. Nie służy Polsce zależność ani od Moskwy, ani od Brukseli (a właściwie coraz bardziej Berlina). Dbałość o niepodległość kraju nie oznacza jednak zerwania sojuszy i nie wyklucza uczestnictwa w innych wspólnotach. Wręcz przeciwnie. Takie porozumienia suwerenność kraju mogą wręcz zabezpieczać. Dlatego wejście w obręb innych organizmów politycznych musi mieć jako jeden ze swoich celów wzmocnienie suwerenności. Dziś, przy rozmytych celach i strukturach Wspólnoty Europejskiej jest w niej wystarczająco miejsca i dla zdrajców, i dla patriotów. Od jasnego zdefiniowania celów UE zależy więc to, czy Polska zyska, czy też przegra.
