Brawurowa operacja amerykańskich sił specjalnych zakończona pojmaniem i wywiezieniem z Wenezueli prezydenta Nicolasa Maduro prawdopodobnie oznacza istotne przewartościowanie układu sił w regionie Ameryki Łacińskiej i daje szansę wenezuelskiemu społeczeństwu na wyjście z katastrofy humanitarnej, a w przyszłości - odbudowy dawnego dobrobytu.
Kat, ofiara Che Guevara
Pod chwytliwym hasłem rewolucji boliwariańskiej, odnoszącym się do tradycji najważniejszego bohatera narodowego Wenezueli, słynnego "Wyzwoliciela" Simona Bolivara, wymiennie używanym z określeniem "socjalizm XXI wieku", kryła się koncepcja całkowitej przebudowy stosunków społecznych w Wenezueli, a docelowo - w całej Ameryce Łacińskiej. Jej symbolem był prezydent Hugo Chávez, przywódca nieudanego zamachu stanu w 1992 r., który po odsiadce, przy wsparciu Fidela Castro, w 1998 r. został prezydentem zupełnie legalnie wygrywając wybory. Chávezowi, tytułującemu się "El Comandante", na wiece publiczne często ubierającemu się w stylu Ernesto "Che" Guevary, bądź występującemu w "autorskiej" kreacji składającej się z czerwonej koszuli i beretu wojsk spadochronowych, nie można było odmówić charyzmy.
Co więcej, należy uczciwie przyznać, że rządzące przed nim ugrupowania polityczne stworzyły podatny grunt dla rewolucyjnej retoryki. Gigantyczne dochody z handlu ropą naftową były źródłem dobrobytu wąskiej elity, większość zaś populacji kraju żyła w ubóstwie. Wzrost gospodarczy oparty na eksporcie "czarnego złota", który wyniósł Wenezuelę do pierwszej dziesiątki najbogatszych państw w świata w latach '70 XX w., wyczerpał się po spadku cen surowca w połowie lat osiemdziesiątych, a nierówności społeczne pogłębiły się do poziomu feudalnego. W tej sytuacji program społeczny Ruchu Piątej Republiki, który założył Chávez, trudno nawet oceniać według kryteriów prawicowości czy lewicowości - bo przecież w Europie prowadzenie ewidencji ludności, nauka czytania i pisania, szczepienia i podstawowa opieka medyczna w ogóle nie są elementem sporu politycznego, tylko podstawowym standardem...
Bielenie ścian czarną farbą
...tyle tylko, że Chávez "władzy raz zdobytej nie oddał nigdy", a model oparty na nacjonalizacji gospodarki z czasem zaczął przynosić opłakane efekty. Po śmierci charyzmatycznego przywódcy, jego następca Nicolas Maduro również rządził w sposób autorytarny, ale bez zdolności przywódczych "El Comandante" i nie był w stanie choćby ograniczyć nieuchronnego kryzysu.
Życie w Wenezueli zaczęło przypominać czasy późnego PRL, z wiecznym deficytem nawet najbardziej podstawowych towarów, z czasem przekształcając się w katastrofalny kryzys humanitarny. Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacował, że w 2018 roku inflacja sięgała 1 700 000 proc. (sic!). Szalała też przestępczość, w tragicznym roku 2016 popełniono w Wenezueli 28,5 tys. zabójstw (niemal jedno na 1000 mieszkańców). Wszystko to powodowało masową emigrację z kraju. Według danych biura Wysokiego Komisarza do Spraw Uchodźców, w latach 2012-2024 z Wenezueli wyemigrowało niemal 8 mln osób - ok. 25 proc. populacji państwa.
Przyczajony niedźwiedź, ukryty smok i inne
Zarazem Chávez i Maduro prowadzili ambitną politykę zagraniczną, finansowaną w dużej mierze z eksportu ropy naftowej. Zakładając takie organizacje jak Petrocaribe czy ALBA, Caracas było w stanie realnie wpływać na wyniki wyborów, kształt rządów i wspierać siły lewicowe w całej Ameryce Łacińskiej - począwszy od wyspiarskich państw karaibskich, przez Nikaraguę, Boliwię, Ekwador, aż po Kubę. W przypadku tej ostatniej, Wenezuela zastąpiła Rosję jako głównego dostawcę surowca, przyczyniając się do dalszego trwania reżimu. W Nikaragui zwycięstwo komunistycznego partyzanta Daniela Ortegi - według niektórych przynajmniej źródeł agenta KGB w 2006 r. - nie byłoby możliwe bez przekupienia wyborców darmowymi dostawami paliw płynnych.
Jednocześnie, o czym pisze wielu komentatorów, Chávez nawiązał bardzo bliską współpracę polityczną z Rosją i Chinami, a także Iranem i Koreą Północną, który to układ w pierwszej dekadzie XXI w. konserwatywni komentatorzy w USA nazywali "osią zła". Osobną kwestią było wspieranie różnych lewicowych ruchów terrorystycznych i wywrotowych na świecie - począwszy od udzielania schronienia terrorystom z ETA, po pośredniczenie w obrocie narkotykami i bronią między kolumbijską FARC, Rosją i światem zewnętrznym.
Co dalej?
W tej sytuacji dziwią wyrazy oburzenia wobec amerykańskiej interwencji. Z punktu zapowiadanego powrotu do realizacji doktryny Monroe, Waszyngton osiągnął kilka celów. Po pierwsze pokazał, że USA nie pozwolą na dalszą ekspansję żadnego zewnętrznego gracza w obu Amerykach. O ile pierwotna doktryna sprzed 202 lat odnosiła się do mocarstw europejskich, tym razem wymierzona jest wprost w Chiny i Rosję. Z pewnością nie można tu pominąć kwestii Ukrainy i Tajwanu, w kontekście których operację należy prawdopodobnie uznać za ostrzeżenia przed dalszą agresją. Aby jednak mieć pewność w tej sprawie, trzeba będzie śledzić pilnie negocjacje pokojowe ws. wojny na Ukrainie, ponieważ istnieje pewne ryzyko, że sprawa jest elementem targów z Rosją i ceną ustępstw wobec niej (oby nie).
Po drugie, z pewnością zwiększeniu ulegnie sprzedaż ropy naftowej do Stanów Zjednoczonych. Może to wydać się zaskakujące, ale mimo ostrej niekiedy retoryki i obowiązujących sankcji, pod koniec roku 2025 ok. 17 proc. eksportu surowca trafiało na rynek amerykański (150 tys. baryłek dziennie). Perspektywy są jeszcze lepsze, ponieważ Wenezuela posiada największe na świecie rezerwy "czarnego złota", sięgające niemal 20 proc. wszystkich znanych złóż na świecie. Wprawdzie mają one przeważnie postać piasków bitumicznych, ale stale udoskonalana technologia ich eksploatacji stopniowo zwiększa ich dostępność. Po trzecie, pojawi się możliwość odcięcia dostaw na Kubę i do pozostałych politycznych satelitów Wenezueli, a więc i tam pojawi się szansa na usunięcie reżimu w obliczu prawdopodobnego kryzysu. Byłoby sprawą absolutnie wielką, gdyby prezydentowi Trumpowi udało się w końcu obalić komunistyczną dyktaturę na "wyspie jak wulkan gorącej".
Co do przyszłości samej Wenezueli, to trudno na razie powiedzieć, na ile samodzielna będzie jej polityka w przyszłości. Niechęć prezydenta Trumpa do oddania władzy opozycji do pewnego stopnia jest uzasadniona, skoro wywodzi się ona w dużym stopniu ze starych, skorumpowanych elit. Z drugiej strony, wypowiedzi na temat "prowadzenia [Wenezueli] przez jakiś czas, dopóki nie uda się przeprowadzić bezpiecznej, właściwej i rozsądnej transformacji" trudno nie odebrać jako deklaracji utworzenia jakiejś formy neokolonialnego protektoratu.
Można natomiast mieć uzasadnione nadzieje na to, że skończy się w tym państwie kryzys humanitarny i kraj podniesie się gospodarczo. Trudno zresztą sobie wyobrazić, żeby w tym aspekcie mogło się wydarzyć coś gorszego.
----------------
O autorze:
dr hab. Dominik Smyrgała, profesor uczelni na Wydziale Ekonomii i Zarządzania Uczelni Łazarskiego, autor książki "Oś naftowa. Latynoamerykańskie imperium Hugo Chaveza".