Jak poinformował w czwartek rano portal Niezalezna.pl, PZL M-18 Dromader będący w dyspozycji Lasów Państwowych, który rozbił się podczas gaszenia pożaru lubelskiej puszczy, nie powinien brać udziału w akcji po zmroku. Maszyna runęła wraz z pilotem na ziemię o godz. 20.41, czyli 45 min, po zachodzie słońca, tuż po zmroku. Znajdowała się wówczas cały czas na terenie akcji gaśniczej. Do lotniska, na którym miała planowo lądować, miała w chwili katastrofy ok. 80 km.
Maszyna Lasów Państwowych na czas akcji była do dyspozycji sztabu MSWiA i wykonywała polecenia koordynowane przez sztab.
"Będziemy to ustalać"
Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zamościu Rafał Kawalec poinformował w środę, że śledztwo prowadzone będzie w kierunku sprowadzenia katastrofy w ruchu lotniczym, w której zginęła jedna osoba.
Dopytaliśmy prokuratora, czy śledczy badają wątek tego kto wydał polecenia na taki lot i czy nie została przez to złamana procedura.
Wszystkie okoliczności wypadku będą badane szczegółowo, zarówno stan techniczny, zachowanie pilota. Pojawiają się głosy specjalistów, którzy zgłaszają uwagi, że o takiej późnej porze, po zmierzchu taki samolot nie powinien wykonywać czynności. W tym zakresie też będzie to przedmiotem ustaleń. Rodzi się w takiej sytuacji pytanie: kto o tym decyduje, jak długo ma być użytkowany ten samolot, czy to jest pilot, czy ktoś inny decyduje? Jest to jedna z okoliczności, która będzie w tym postępowaniu musiała być wyjaśniona
– powiedział w czwartek portalowi Niezależna.pl prok. Kawalec.
Jak dodał, obecnie jest zabezpieczana pełna dokumentacja związana z lotem Dromadera. Póki co śledczy mają pełną wiedzę o stanie technicznym samolotu.
Okoliczności zdarzenia są też wyjaśniane przez Państwową Komisję Badania Wypadków Lotniczych.