O byłym szefie Instytutu Pileckiego Krzysztofie Ruchniewiczu znów zrobiło się głośno. Tym razem za sprawą artykułu na Wirtualnej Polsce o jego niebezpiecznych związkach z lobbystą współpracującym z Grupą Wagnera. Warto dodać, że pana Ruchniewicza od dekad znajdziemy we wpływowych i prestiżowych gronach polsko-niemieckich i takich, które zajmują się polityką historyczną w III RP: to pracownik naukowy w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego – właściwie od początku polskiej transformacji. Ruchniewicz to również dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. W. Brandta, członek Komitetu „Nagrody za Szczególne Zasługi dla Rozwoju Stosunków Polsko-Niemieckich”, prezydium Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej, Kuratorium Federalnego Związku Towarzystw Niemiecko-Polskich, przez lata również Fundacji „Krzyżowa” dla Porozumienia Europejskiego. Kilka lat temu przyjęto go także w poczet członków Instytutu Kaszubskiego w Gdańsku (sic!). Dodajmy do tego członkostwo w całkiem sporej liczbie niemieckich organizacji zajmujących się Mitteleuropą, członkostwo w radach naukowych i redakcjach czasopism niemiecko-, anglo- i polskojęzycznych.
O jeden sukces za dużo
Aż tu nagle przydarzyła się sprawa, którą da się podsumować krótko: o jeden sukces za dużo. W listopadzie 2024 r. Krzysztof Ruchniewicz został powołany na stanowisko dyrektora Instytutu Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego w Warszawie. Szybko chwycił żelazną miotłę i wziął się do ostrej deformy zasłużonej instytucji. Początkowo bagatelizowano krytyczne głosy, ale opinia publiczna zainteresowała się kierunkiem zmian i wypowiedziami Ruchniewicza. Krytykowano go za złe decyzje kadrowe dotyczące berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego, czyli odwołanie sygnalistki Hanny Radziejowskiej (przywróconej później do pracy) czy fatalne kroki wobec Centrum Lemkina. Wzburzyło to nawet „Gazetę Wyborczą”, która miała naukowcowi za złe, że „jako szef Instytutu podjął decyzję o wstrzymaniu prac związanych z dokumentacją zbrodni rosyjskich w Ukrainie, które prowadziło powołane w czasach Magdaleny Gawin Centrum Dokumentowania Zbrodni Rosyjskich w Ukrainie im. Rafała Lemkina”. Poczynań Ruchniewicza nie mógł zrozumieć również Piotr Cywiński, dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, którego nikt o zdrowych zmysłach nie podejrzewałby, że trzyma stronę prawicy.
A życzliwa na ogół rządowi Donalda Tuska „Rzeczpospolita” z oburzeniem informowała w tamtym czasie: „Szef Instytutu Pileckiego, prof. Krzysztof Ruchniewicz, chciał przygotować seminarium dotyczące zwrotu dóbr kultury przez Polskę na rzecz Niemiec. To działanie pełnomocnika ds. relacji polsko-niemieckich jest wbrew polityce państwa polskiego”. Atmosfera wokół wrocławskiego naukowca, przez liberalne salony uznawanego dotąd za niekwestionowany autorytet w sprawach relacji polsko-niemieckich, gęstniała z miesiąca na miesiąc. W sierpniu 2025 r. Marta Cienkowska, minister od bluzgów i kultury, zdecydowała o odwołaniu wrocławskiego badacza z funkcji szefa Instytutu Pileckiego, tłumacząc, że głównym powodem jest niedopełnienie obowiązku w zakresie umożliwienia statutowego funkcjonowania instytucji poprzez wadliwe zamierzenia programowe, wadliwą politykę komunikacyjną i złe decyzje zarządcze.
Zachwyt salonów
Na tym sprawa by się może skończyła, a poważniejsze pytania o rolę pana Ruchniewicza w Instytucie Pileckiego opinia publiczna zwekslowałaby jako teorie spiskowe i plotki, gdyby nie najnowsze medialne doniesienia. Okazuje się, że Ruchniewiczem interesował się kontrwywiad: „Powodem była jego znajomość z wpływowym sympatykiem Grupy Wagnera w Niemczech, który z jej udziałem obserwował przekręcane przez Rosjan referenda i wybory w krajach afrykańskich”. Urs Unkauf to postać o proteuszowym obliczu. Z jednej strony występuje jako analityk i lobbysta interesujący się energetyką. Z drugiej przedstawia się jako historyk i socjolog.
Unkauf jako dyrektor zarządzający niemieckiego Federalnego Stowarzyszenia Rozwoju Gospodarczego i Handlu Zagranicznego (BWA) komentował dla niemieckich mediów polską strategię migracyjną wobec Ukraińców. Jest też współautorem książki „Deutschland und Polen. Die Geschichte der amtlichen Beziehungen” („Niemcy i Polska. Historia stosunków oficjalnych”), której oficjalna promocja odbyła się w 2025 r. w ambasadzie Niemiec w Warszawie.
Warto zwrócić uwagę na nader życzliwy ton medialnej relacji: „w obecności wielu interesujących się historycznymi i bieżącymi stosunkami polsko-niemieckimi, ambasadora, polskich germanistów i niemcoznawców, dziennikarzy, a także autorów dzieła (o którym mowa w tytule), odbyła się promocja tej ważnej i niezwykłej książki DLA PRZYSZŁOŚCI stosunków polsko-niemieckich, zarówno bilateralnych, jak i w ramach UE” (pisownia oryginalna, cytat za: PrzeglądDziennikarski.pl). Autor notki dodaje, że książkę „prezentowali także dwaj wybitni znawcy Niemiec i stosunków międzynarodowych – Janusz Reiter (były ambasador RP, m.in. w Niemczech), prof. Krzysztof Ruchniewicz (wybitny znawca problematyki polsko-niemieckiej, szczególnie w zakresie wspólnego podręcznika historii polsko-niemieckiej)”.
Unkauf, czyli niemiecko-rosyjski układ
Byłby to obraz niemal sielankowy, gdyby nie psuł go jeden szczegół: Urs Unkauf od wielu lat bierze aktywny udział w rosyjskich operacjach wpływu zarówno w Europie, jak i w Afryce. Współpracuje z organizacjami, które budowały zaplecze koncepcyjne dla Grupy Wagnera i struktur, które powstały na bazie „prywatnej armii” w służbie Kremla już po śmierci Jewgienija Prigożyna. Śmierć „kucharza Putina” najpewniej była karą za jego bunt w 2023 roku wobec Kremla. Dla nas ważniejszy jest jednak polski kontekst: okazuje się, że na początku 2023 r. Oddział Instytutu Pileckiego w Berlinie otrzymał propozycję współpracy w ramach dyskusji „4Ukraine – wyzwania migracyjne, lekcje z Polski i z Niemiec”, organizowanej przez Fundację Instytut Studiów Wschodnich we współpracy z Bundesverband für Wirtschaftsförderung und Außenwirtschaf, czyli Federalne Stowarzyszenie Współpracy Gospodarczej i Handlu Zagranicznego. Rok wcześniej Urs Unkauf został dyrektorem generalnym tej instytucji. W tamtym czasie Instytut Pileckiego odmówił współpracy z BWA, wyjaśniając to procedurami weryfikacji i wiedzą na temat niejasnych powiązań kierowanej przez Unkaufa organizacji z Rosją.
Dwa lata później, już jako szef Instytutu Pileckiego, Ruchniewicz nie tylko uczestniczył w ambasadzie Niemiec w Warszawie w promocji książki wpływowego sympatyka Grupy Wagnera, ale napisał do niej wstęp. Wzburzony Ruchniewicz tłumaczy dziś na łamach „Wyborczej”: „To jakieś szaleństwo. Przecież napisałem wstępy do wielu książek i katalogów, choć na oczy nie widziałem ich autorów. W tym przypadku było podobnie. Z propozycją wystąpiła Fundacja Konrada Adenauera, z którą od wielu lat współpracuję”. Jak to skomentować? Tak wiele trzeba łączyć kropek, gdy przygląda się strefom działających w Polsce wpływów.
Perypetie prof. Ruchniewicza to niezwykła okazja do nieco głębszego przyjrzenia się funkcjonowaniu liberalnych salonów, opiniotwórczych środowisk i grup wpływu. To okazja, by zobaczyć, jak wiele znaczy tam system wzajemnych rekomendacji i usieciowienie, pozostające poza jakąkolwiek wiedzą publiczną. Od początku III RP wśród liberalnych elit istniało ciche przyzwolenie na niemieckie, a także rosyjskie narracje o Polsce. Zwykle przedstawiano to jako rzecz wynikającą z chęci pojednania i z potrzeby dobrosąsiedzkich relacji. Przykład Krzysztofa Ruchniewicza uzmysławia, że kontekst jest o wiele bardziej niepokojący. Doskonale widać, że gdyby nie „ciała obce” w tym systemie, czyli garstka ludzi nieustannie oskarżanych przez „Gazetę Wyborczą” o „PiS-owskie zależności”, Ruchniewicz najprawdopodobniej dalej byłby szefem Instytutu Pileckiego i robiłby z tą instytucją, co by mu się zachciało. Ludzie tacy jak Urs Unkauf odbieraliby pewnie od niego nagrody albo byliby rekomendowani do polskich odznaczeń. A gdyby pełnię władzy w Polsce sprawowali dziś politycy Koalicji Obywatelskiej, gdyby mieli swojego prezydenta, zakres możliwości działań panów Ruchniewicza i Unkaufa byłby jeszcze większy – szczególnie że większość polskojęzycznych mediów, szczególnie tych z zagranicznym kapitałem, nie miałaby żadnego interesu w nagłaśnianiu takich spraw. Gdy kiedyś jeszcze usłyszycie, że polsko-niemieckie lub polsko-rosyjskie relacje najbezpieczniejsze są w rękach liberalnych elit, przypomnijcie sobie tę historię. I pomyślcie, czego jeszcze o niej nie wiecie.
🚨🚨🚨Afera SAFE: 800 mln dla PGZ, 2,3 mld dla firmy zarządzanej przez polityka Tuska⁉️
— GP Codziennie (@GPCodziennie) February 19, 2026
To i wiele więcej w najnowszym wydaniu #GPcodziennie 📰
Gazeta jest również dostanę na online, sprawdź i bądź na bieżąco 👉 https://t.co/NGuZyAXV2W pic.twitter.com/iJMvXJ5SeC