Mówi się, że wśród zwolenników Mateusza Morawieckiego obecną sytuację w PiS opisuje się za pomocą „Władcy Pierścieni” J.R.R. Tolkiena. Kaczyński miałby być jak Théoden, stary król, prawy, odważny, z wspaniałą historią, niemniej zmęczony i otumaniony przez złych doradców. Ci w pełni przejęli nad nim kontrolę, wiodą królestwo (PiS) ku zagładzie i przekonują władcę, że każdy, kto się im sprzeciwia, jest zdrajcą.
Otumaniony starzec
Niezależnie od tego, na ile faktycznie odwołanie do wspaniałego dzieła Tolkiena jest wśród tzw. harcerzy powszechne, na pewno ten obraz dobrze oddaje ich aktualną narrację. Główny atak nie jest skierowany na samego Kaczyńskiego, tylko na jego „złe otoczenie”, które sprawuje obecnie władzę w PiS. Ta „łagodność” narracyjna wobec prezesa wynika oczywiście z zimnej kalkulacji politycznej. W obecnej sytuacji, przy tym, co wyprawia obóz Tuska, Morawiecki i jego ludzie, jeśli chcą cokolwiek „uszczknąć” z elektoratu PiS, muszą zrobić wszystko, żeby nie przykleiła się do nich łatka zdrajców. Nic dziwnego więc, że starają się przekonać ludzi, że to oni zostali wyrzuceni, a nie odeszli sami. Frontalny atak na prezesa PiS na ten moment byłby kontrproduktywny. Niemniej, niezależnie od formy, jest to, na co słusznie zwracają uwagę przeciwnicy Morawieckiego, radykalna krytyka Kaczyńskiego.
Przedstawianie go jako nierozumnego polityka, który błędnie rozpoznaje rzeczywistość. Trudno uznać to za „kwalifikacje” umożliwiające we właściwy sposób pełnienie funkcji szefa największej partii opozycyjnej. To wszystko prawda, tyle że ci, którzy dziś najgłośniej gardłują o „wierności” prezesowi, wychwalając go pod niebiosa i wytaczając najcięższe działa przeciw Morawieckiemu, tak naprawdę atakują Kaczyńskiego nieporównywalnie mocniej niż „harcerze”. Okazuje się, że Mateusz Morawiecki to zdrajca, niemiecki agent, skorumpowany bandzior etc. Człowiek zły do szpiku kości, od lat działający na szkodę Polski. Właśnie w ten sposób byłego premiera opisują dziś jego najgłośniejsi przeciwnicy z PiS, dodatkowo uderzając w zwycięskie tony: „My was zawsze przed nim ostrzegaliśmy”.
Wspólnik zdrajcy
Pomińmy tu to, że część z tych zarzutów to po prostu kłamstwa, jak chociażby oskarżenia o udział w seansach nienawiści, które urządzał Tusk po tragedii smoleńskiej. Przyjmijmy na chwilę, że te oskarżenia są w większej części prawdziwe. Co to oznacza? Że Kaczyński oraz Prawo i Sprawiedliwość pozwolili na to, żeby ktoś tak groźny i szkodliwy dla naszego kraju współrządził nim tak długi czas. Przytoczone wcześniej porównanie prezesa PiS do Théodena jest już formą kwestionowania jego zdolności poznawczych i kompetencji przywódczych, jednak konsekwencje narracji najostrzejszych przeciwników Morawieckiego są bez porównania ostrzejsze. Kaczyński okazuje się tutaj sprawcą tego zła i konsekwentnym, wieloletnim wspólnikiem wrogów Polski. Jest to także oskarżenie samej partii, która przez lata akceptowała taki stan rzeczy i umożliwiała Morawieckiemu prowadzenie szkodliwej dla Polski polityki. Owszem, niektórzy politycy PiS przekonują elektorat, że oni po prostu „nie wiedzieli”, ale bądźmy poważni – jakie to wystawia im świadectwo? Dlaczego ktoś miałby głosować na, za przeproszeniem, bandę durniów, którym kilka lat zajęło zorientowanie się, że biorą udział w „zdradzie”? Skoro Morawiecki to właściwie Tusk bis, to w czym różni się od przywódcy uśmiechniętej Polski ten, który go namaścił na premiera? Czym właściwie różni się PiS od KO, skoro ta pierwsza partia (przyjmując nawet tę „łagodniejszą interpretację”, że robiła to dlatego, że jej członkowie byli za głupi, żeby się zorientować) wykonywała przez lata polecenia gabinetu Morawieckiego? Mamy tu do czynienia z powtórzeniem narracji, za pomocą której od lat PiS atakują obie Konfederację. Zresztą politycy tych formacji wprost podchwytują słowa najostrzejszych pisowskich przeciwników Morawieckiego. „Większość PiS-u nie znała prawdziwej roli Morawieckiego – ujawnia Krzysztof Bosak” – to tylko jeden z wielu nagłówków, jakie ostatnio dominują w mediach. Dalej w artykule czytamy, że czołowy polityk Konfederacji nie był w stanie uwierzyć w to, jak były premier oszukuje swoją własną partię. Ergo – tak politycy PiS, jak i wyborcy byli przez lata okłamywani, wierchuszka ich własnej partii prowadziła wobec nich akcję dezinformacyjną. O ile trudno się dziwić, że konkurencja polityczna PiS-u w ten sposób korzysta z okazji uderzenia, o tyle wstrząsające jest to, jak dużo polityków Prawa i Sprawiedliwości operuje dokładnie taką samą narracją, kompletnie delegitymizując własną partię, a robią to ci, którzy najgłośniej wołają o „lojalności wobec PiS-u i Kaczyńskiego”.
Język wrogów
Nie tylko Morawiecki i jego ludzie okazują się być zdrajcami. Także to, co miało być „drugim płucem” PiS-u w wymiarze światopoglądu, okazuje się niepotrzebne, o ile nie szkodliwe. Mowa tu o tym, z czym kojarzył się Morawiecki: nacisk na gospodarkę, rozwój, elementy technokratyzmu, większe otwarcie na Unię, postrzeganie jej jako przestrzeni nie tylko wrogiej, ale i umożliwiającej realizację swoich interesów. Jak widać, jednak z jednym płucem żyje się lepiej. Słyszymy o tym, że odejście byłego premiera to strata balastu, że był on tylko obciążeniem dla wiarygodności „prawdziwego”, „prawicowego” PiS-u.
Co to właściwie znaczy? Znów, że obie Konfederacje miały rację. Że PiS, w obliczu kryzysu, zdecydował się na właściwą ewolucję, którą inne partie na prawicy już dawno przeszły. Trudno nie odnieść wrażenia, że nie jest to najmądrzejsza taktyka na pozyskiwanie wyborców. Co więcej, konsekwentne i tak skrajne atakowanie Morawieckiego przerzuca piłeczkę na stronę konkurencji, która już każe się PiS-owi rozliczać z działań byłego premiera.
Ponownie, zadziwiająca to taktyka na „rozszerzanie elektoratu” – ciąg publicznych samokrytyk, w których PiS-owcy przepraszają za to, co robiło ich ugrupowanie. Tak skrajna krytyka Morawieckiego związuje ręce samemu Kaczyńskiemu. Przyjrzyjmy się jego decyzji z zeszłego tygodnia, żeby jednak pozostawić w partii ludzi Morawieckiego. W normalnej sytuacji byłby to nienajgorszy „gambit”, jak to lubią określać komentatorzy, zmuszający frakcję Morawieckiego do pokazania elektoratowi, że to jednak ona jest tą rozłamową. Wszystko to gubi się jednak z powodu rozhisteryzowania i agresji wcześniejszej narracji stworzonej przez najgłośniejszych harpaganów PiS-u. Jak bowiem tę sytuację ma rozumieć przeciętny wyborca? Oto okazuje się, że ci, o których usłyszał, że są zdrajcami, niebezpiecznymi rozłamowcami, których złamanie, na przykład za pomocą lojalek, było koniecznością, mogą jednak zostać w partii? Co z tego, że w politycznym sensie Kaczyński „wygrał”, skoro na koniec dnia jego elektorat dostaje festiwal cynizmu, zmian zdania, kłamstw i zupełnie niepotrzebnej histerii? W ten sposób wspomniane harpagany PiS-u znowu działają na korzyść obu Konfederacji, które robią, co mogą, żeby przedstawić partię Kaczyńskiego jako bezideowy moloch, który zamiast walczyć o Polskę, zainteresowany jest tylko władzą i partyjnymi gierkami. Coraz trudniej nie odnieść wrażenia, że część najgłośniejszych i najagresywniejszych dziś polityków PiS zaczęła traktować swoich wyborców, tak jak Tusk Silnych Razem – jako idiotów gotowych łyknąć cokolwiek i w każdym momencie. Problem tylko w tym, że wyborca prawicowy wcale taki nie jest i może się to bardzo źle skończyć dla PiS-u. Jedno jest pewne – jeśli partia ta chce być poważną siłą, musi przestać mówić o sobie językiem wrogów.
.@KlubyGP w Słupsku - wspaniałe spotkanie. Dziękuję za liczne przybycie@DorArciszewska @MarzenaGminska@RepublikaTV pic.twitter.com/TKLmyodOYg
— Tomasz Sakiewicz (@TomaszSakiewicz) August 7, 2026