Punktem wyjścia do sformułowanej tezy jest obecny obraz pola walki w wojnie na Ukrainie. „Ponad połowa rosyjskich żołnierzy zabitych na Ukrainie umarła z ran, które wyjściowo nie były śmiertelne” - przywołuje na początku dodając, że na dwóch rannych rosyjskich żołnierzy, jeden z nich umiera (strona ukraińska - proporcja 5:1).
„Nie tłumaczy jej ani arsenał, ani liczebność armii, lecz systemowe zaniechanie, które przeoczyło nowy porządek pola walki, gdzie o przeżyciu rannego nie decyduje już odległość do szpitala, ale to, czy właściwa pomoc dotrze, zanim rana stanie się śmiertelna” - tłumaczy gen. Gielerak.
Podnosi, że przez dwieście lat ranny szukał drogi do szpitala. Dziś - w zdronizowanym polu walki - pytanie się odwróciło:
„jak dostarczyć szpital do rannego?”.
„Dawniej szpital był punktem stałym, do którego zmierzał ranny – dziś staje się biernym obserwatorem zdarzeń rozgrywających się poza jego zasięgiem. Obraz z powietrza dociera natychmiast, interwencja znacznie wolniej, a między jednym a drugim otwiera się przestrzeń, w której ranny jest widoczny, ale poza zasięgiem pomocy. Aby zamknąć ten dystans, należy skrócić ramię interwencji: zdecentralizować zasoby medyczne, przesunąć do przodu moduły ratunkowe, wprowadzić autonomiczne platformy ewakuacyjne” - czytamy.
Podkreśl, że wyzwaniem nie jest wysiłek finansowy:
„Polska wydaje na obronność 4,7% PKB - pytanie pozostaje zatem organizacyjne, nie finansowe: czy zdążymy przebudować architekturę zabezpieczenia medycznego, zanim pierwszy tydzień konfliktu wystawi rachunek liczony w żołnierzach, którzy zginęli z powodu obrażeń pierwotnie niezagrażających życiu?”.
„Doktrynę zabezpieczenia medycznego pisze się w czasie pokoju - w trakcie wojny już tylko płaci się jej cenę” - konkluduje.