Na początek fakty: po 99 proc. zliczonych głosów wynik opozycyjnej partii TISZA to 53,1 proc. Na Fidesz zagłosowało 38,4 proc. Węgrów, czyli o 14,6 pkt proc. mniej niż w 2022 r. Do parlamentu dostanie się jeszcze skrajnie prawicowa Mi Hazank (Ruch Naszej Ojczyzny). Teraz garść obrazków. Niedzielny wyborczy wieczór spędziłem w tłumie zwolenników partii TISZA. Zorganizowane na naddunajskim bulwarze z widokiem na spektakularny węgierski parlament wydarzenie z początku przypominało piknik – przy drewnianych stołach, na ławkach i krawężnikach zebrali się głównie mieszkańcy Budapesztu, którzy nie niepokojeni przez policję raczyli się w ten dość ciepły wieczór napitkami i fast foodem z licznych food trucków.
Jednak „Teraz”
Wraz z podawaniem cząstkowych wyników wszystko się zmieniło ze spokojnego pikniku w największą prawdopodobnie tego wieczoru imprezę plenerową w Europie, a euforia rozlała się na cały Budapeszt. Jeszcze długo po północy na głównych skrzyżowaniach w centrum miasta widać było tłumy ludzi z flagami Węgier i Unii Europejskiej, wiwatujące w akompaniamencie samochodowych klaksonów z powodu końca „epoki Viktatora”, jak nazywali oni węgierskiego premiera. Jak głosił jeden z transparentów: „Game OVer” – gdzie w litery „OV” to oczywiście inicjały Viktora Orbána. Cóż, okazało się, że zaczerpnięte z pieśni Sandora Petofiego hasło sympatyków TISZY – „Teraz albo nigdy” („Most vagy soha!”) – jednak się wypełniło. Wypełniło się wbrew chciejstwu wszystkich zagranicznych obserwatorów, których przez lata Viktor Orbán zwodził wizerunkiem wielkiego stratega, geopolitycznego machera i obrońcy wartości. Nie można bowiem powiedzieć, że za odrzuceniem jego rządów głosowali jedynie „lewicowo-liberalni mieszkańcy Budapesztu i okolic”. Nie, to odrzucenie jest pełne i pokazuje, że władza Fideszu po prostu się zużyła. Zresztą – nie trzeba znać języka węgierskiego, by to dostrzec. Głównym, prezentowanym aż do skrajnej przesady lejtmotywem kampanii partii Orbána było kuriozalne straszenie zagrożeniem ze strony Ukrainy i wojną, w którą rzekomo miałby wciągnąć Węgrów Péter Magyar. Stylizowane na listy gończe plakaty przedstawiające go w towarzystwie Wołodymyra Zełenskiego zalały całe Węgry, a sam Orbán swój wiec 15 marca, w Święto Węgierskiej Wiosny Ludów, poprowadził pod hasłem: „Nie będziemy ukraińską kolonią”. Nie, to nie mogło się udać.
Nie mogło, tym bardziej że jak pokazała dynamika kampanii wyborczej, stopień uzależnienia Budapesztu od Moskwy był wręcz niebezpieczny. Ujawnione przez dziennikarzy taśmy, na których Peter Szijjarto, szef węgierskiego MSZ, deklaruje niemal pełną podległość swojemu rosyjskiemu odpowiednikowi, Siergiejowi Ławrowowi, konsultuje z nim walkę o zdjęcie sankcji z rosyjskich notabli i banków, a nawet przekazuje dokumenty zza zamkniętych drzwi unijnych posiedzeń, dopełniły obrazu upadku niemniej niż dowody na nepotyzm, korupcję i bizantyjskie rozpasanie najbliższego kręgu ludzi Fideszu. Nie, to nie mogło się udać. I nie udało się.
Co to jednak oznacza dla samych Węgier i szerzej – dla Europy Środkowej? Jak wskazano, zwycięstwo TISZY jest pełne. Péter Magyar może teraz śmiało odwrócić dowolne reformy Fideszu. Gorzej będzie miał co prawda z Trybunałem Konstytucyjnym, ale jak wiemy z naszego podwórka, unijne instytucje chętnie przymkną oko na ewentualny „terror praworządności”, jeśli tylko Magyar zechciałby go wprowadzać. Co jednak istotne, większość pozwala na zmianę kluczowych ustaw, a nawet konstytucji, którą Orbán wielokrotnie modyfikował w trakcie swoich rządów.
Ruscy nie wybierają się do domu
Nie jest jednak powiedziane, czego będą dotyczyć te strukturalne zmiany. Magyar to przecież polityk centroprawicowy, na którego głosowało wielu dotychczasowych wyborców Fideszu, z którego zresztą sam się wywodzi. I o ile można się spodziewać czystek, rozliczeń i spektakularnego „ujawniania” nieprawidłowości, o tyle z kwestiami takimi jak uzależnienie od rosyjskich surowców i poluźnianie energetycznej smyczy, na której prowadzone są Węgry, może nie pójść tak łatwo. Zresztą sam Magyar zapowiedział już, że będzie ona „poluźniana” bardziej, niż zrywana. – Będziemy musieli usiąść do rozmów z prezydentem Rosji. Położenie geograficzne ani Rosji, ani Węgier się nie zmieni. Nasza zależność energetyczna również pozostanie na jakiś czas. Konieczne jest wzmocnienie dywersyfikacji, ale to nie stanie się z dnia na dzień. Jeśli będzie to konieczne, będziemy negocjować, ale nie zostaniemy przyjaciółmi – zadeklarował lider Tiszy i trudno odczytywać to inaczej niż studzenie nastrojów tych Węgrów, którym ostatnie miesiące minęły wśród okrzyków: „Ruszkik haza” („Ruscy do domu”). Co więcej, nie należy się spodziewać, że ten niestety drożny kanał pomiędzy Budapesztem a Moskwą zostanie zasypany – jest on wszakże użyteczny także dla wielu polityków z Europy Zachodniej.
Tymczasem Węgry pozostają najbiedniejszym i najbardziej skorumpowanym krajem UE, czego nie będzie się raczej dało zmienić kartą wyborczą, a jak zauważają analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich, Magyar nie dysponuje stabilnym zapleczem politycznym, zaś jego partia i ruch, który wytworzył się wokół niej, to w dużej mierze społecznicy i amatorzy, niekoniecznie gotowi do podjęcia spraw takiej wagi.
Miesiąc miodowy czas zacząć
Na co może liczyć Magyar z pewnością, to potężny kredyt udzielony mu przez traktujące upadek Orbána jako własne zwycięstwo elity unijne. Nie da się ukryć, że ich udział w kampanii był ponadstandardowy i powinien być traktowany jako nieuprawniona ingerencja. Teraz jednak na Węgry na pewno (i niekonieczne czekając na reformy i „powrót do praworządności”) spadnie deszcz unijnych pieniędzy, m.in. z „odblokowanego KPO”, a sam Magyar będzie podejmowany od Warszawy przez Berlin, Brukselę i Paryż jako „ten, który zwrócił Węgrom Unię Europejską” (i na odwrót).
Ten miesiąc miodowy będzie trwał tak długo, jak długo wierchuszka UE będzie przekonana, że Budapeszt przestanie być hamulcowym dla ich pomysłów, ale oczekiwania zapewne obejmują także zerwanie i wypchnięcie z Węgier wpływów amerykańskich, których symbolem była ostatnia, jak widać nieudana, wizyta wiceprezydenta USA J.D. Vance’a, który wsparł Viktora Orbána i obiecywał, że w przypadku jego zwycięstwa relacje obu krajów wejdą w nową epokę. I to nie pomogło.
Przy tym wszystkim pamiętać trzeba o jednym – emocje wokół Węgier są w Polsce w dużej mierze na wyrost i wynikają z „zastępczej wojny”, jaką z krajem tym toczą u nas najważniejsze stronnictwa polityczne. Dla „możnych tego świata” to także zwycięstwo raczej wizerunkowe. Bo choć dla samych „bratanków” zmiana władzy jest kluczowa, to kraj ten ani nie jest „rozgrywającym” polityki europejskiej, ani zmiana władzy w nim nie wpłynie zasadniczo na układ światowych sił.