Pierwsze, co rzuca się w oczy, to forma przekazania tej informacji społeczeństwu – groteskowy filmik z premierem odbierającym telefon i oświadczającym, że właśnie zdobyliśmy miliardy złotych. To wyjątkowe połączenie skrajnego infantylizmu i sztucznego luzu mającego wywołać u odbiorcy wrażenie, że Donald Tusk to i swój chłop, blisko ludzi, i sprawny biznesmen załatwiający sprawy niedostępne maluczkim.
To mógłby być sukces
Pomijając jednak tę kwestię, do której jeszcze wrócimy, spróbujmy sobie odpowiedzieć wpierw na inne pytanie. Niezależnie od tego, co sądzimy o obecnym rządzie, czy to, co zakomunikował nam premier, jest w sposób konieczny złe (pomijając oczywiście wprowadzanie Polaków w błąd): czy, jak to ujęła część polityków opozycji, sytuacja, w której dostajemy pieniądze, żeby nabijać kabzę Niemcom i Francuzom za ich uzbrojenie, jest czymś, co należy krytykować? Nie. Więcej, to mógłby być gigantyczny sukces. Niestety, na ten moment nasze zdolności produkcyjne, jeśli chodzi o uzbrojenie, nie są na poziomie wspomnianych państw, zaś zagrożenie rosyjskie jest jak najbardziej realne i aktualne. Co więcej, jesteśmy razem w Unii Europejskiej i nie zaszkodziłby taki pokaz współpracy, mającej zabezpieczyć wschodnią flankę Unii przed Władimirem Putinem. Czy oznacza to jednak, że możemy się cieszyć z programu SAFE?
Żeby tak było, musiałoby być spełnionych minimum pięć kluczowych warunków. Po pierwsze – wspomniana pożyczka musiałaby być na preferencyjnych warunkach. Po drugie – odnosić się do konkretnych potrzeb naszej armii. Po trzecie – być na tyle elastyczna, żebyśmy mogli potencjalnie dostosować ją do naszych, jednak zmiennych w czasie możliwości finansowych i zapotrzebowania militarnego, nie zaś wprowadzona za pomocą musu i straszenia potencjalnymi sankcjami. Po czwarte – w żaden sposób nie ograniczać polskich możliwości zawierania innych sojuszy i układów zbrojeniowych, szukania alternatywnych sposobów poprawy naszego bezpieczeństwa. W tym także do „zmiany zdania” i przyjęcia lepszej oferty, jeśli taka się znajdzie, bowiem chodzi tu o kwestie najważniejsze dla samego przetrwania naszego państwa. W końcu, „last but not least”, tego typu pożyczka powinna być też, w dalszej perspektywie, elementem rozwoju naszego własnego przemysłu zbrojeniowego, rozwijania naszych zdolności produkcyjnych, gdyż nie chodzi o to, żebyśmy już na zawsze byli petentami czekającymi na to, co wyprodukują dla nas inni.
Jak zwykle więc problemem nie jest sama idea, tylko szczegóły. A raczej ich absolutny brak. Dlatego patrząc na projekt SAFE, trudno nie poczuć dreszczy.
Najczarniejszy scenariusz
Nic nie wiemy bowiem o tym, żeby którykolwiek z wymienionych powyżej punktów, poza pierwszym, a to i tak tylko w warstwie deklaratywnej, był w programie SAFE spełniony. Gorzej, wszystko wskazuje na to – co potwierdzają wieloletnie doświadczenie, a także obserwowanie obecnej polityki i Brukseli, i obecnego rządu w Polsce – że szanse, iż wspomniane warunki zostaną zrealizowane, są, delikatnie rzecz ujmując, wyjątkowo małe. A bez nich cały SAFE będzie dla nas katastrofą, która osłabi nasze zdolności obronne. Największy problem tkwi w tym, że Tusk każe nam wierzyć na słowo brukselskim eurokratom, zaufać im. Tymczasem fundamentalnym problemem decydentów Unii Europejskiej i Niemiec jest to, że przez ostatnie lata pokazali, jak niewiarygodnym są partnerem. Gotowym złamać nawet jasno określone wcześniej, gwarantowane prawem ustalenia. Że potrafią to zrobić w sposób czysto arbitralny, tylko po to, żeby realizować własny interes, nieważne, jak szkodliwy okaże się on dla „partnerów” (ostatnio widzieliśmy to aż za dobrze w kontekście Mercosuru). Nie wiemy nawet, na co konkretnie te pieniądze pójdą, bowiem polski rząd w tym momencie to utajnia. To budzi oczywiste wątpliwości, kto na tym tak naprawdę zarobi, ile ciotek i kuzynów odpowiednich eurokratów zasiądzie na stanowiskach kontrolujących przepływ finansów. W końcu kto tak naprawdę będzie decydował o tym, co i kiedy kupimy za te pieniądze, jakie będą mechanizmy ewaluacji tego, co nam naprawdę potrzebne.
Znając możliwości Berlina i Brukseli, może się okazać, że część z tych 40 mld, które będziemy musieli im oddać, wyrzucimy w błoto, np. na tworzenie bezsensownych instytucji, ciał, zwiększanie niepotrzebnej czapy urzędniczej nad kwestiami militarnymi czy idiotyczne szkolenia. Że może i nawet dostaniemy za to uzbrojenie, ale takie, którego Berlin chce się pozbyć, a nie takie, które nam jest potrzebne. Z drugiej strony nie powinniśmy wylewać dziecka z kąpielą. Sytuacja, w której najważniejsze państwa UE zaczynają się zbroić, to rzecz pożądana, jak i to, że poprzez preferencyjne pożyczki możemy je w tym wspierać i samemu na tym korzystać. Brak transparentności i konkretów, poza samą kwotą, oraz wiarygodność obu kontrahentów, czyli i Brukseli, Berlina, i Tuska, każe uznać, że powinniśmy przygotować się na najczarniejszy scenariusz.
Ochłapy zamiast współpracy z USA
W tym tkwi ponury paradoks obecnej sytuacji. Potencjalnie bardzo korzystna – i to długofalowo – umowa z powodu skrajnej niewiarygodności obu partnerów może się okazać uderzeniem w Polskę. Zamiast się cieszyć, musimy analizować niebezpieczeństwa, które może ona przynieść. Zaś dwa największe zagrożenia są dużo poważniejsze niż problemy wymienione wcześniej w tekście. Po pierwsze, ostatnie lata działalności Brukseli i Berlina pokazały, że właściwie każdy tego typu „prezent” od nich okazuje się lewarem, za pomocą którego usiłują oni ograniczać suwerenność państw członkowskich UE. Metodą szantażu, dzięki któremu realizują oni swoje cele, w skrajnych sytuacjach są w stanie nawet potężnie ingerować w demokratyczne mechanizmy danego państwa. Casus Polski i pieniędzy z KPO wyraźnie to pokazał, ale przecież dokładnie taki sam mechanizm niebywale niebezpiecznego szantażu zawarty jest w pakcie migracyjnym. Co gorsza, okazało się, że jeśli już Berlin i Bruksela, używając kolokwializmu, decydują się grać „na ostro”, to jak w wypadku KPO nie obchodzą ich żadne wynegocjowane prawne zapisy. Może się więc okazać, że z powodu programu SAFE, przykładowo, będziemy szantażowani w zupełnie innych, także kluczowych dla nas przestrzeniach europejskiej współpracy, np. przy energetyce. Że uniemożliwi nam się wycofanie się z tego programu, że jedynym dostawcą naszego uzbrojenia okaże się Berlin, który wykluczy wszystkie inne bilateralne układy Polski. Więcej, właściwie możemy być pewni, patrząc na obecną politykę UE, że ten program stanie się narzędziem dalszego wypychania Stanów Zjednoczonych z Europy, sposobem, w jaki z Polski, w końcu kluczowego w tym rejonie partnera Waszyngtonu, zrobi się pseudopaństewko, które nie będzie mogło decydować nawet o tym, co kupuje za swoje, a tym samym przestanie się jakkolwiek liczyć jako sojusznik militarny. W sytuacji, w której nasze państwo będzie dostawać niemieckie ochłapy z ich produkcji militarnej, nie będzie w stanie współpracować – z powodu m.in. braku kompatybilności uzbrojenia – z amerykańskim wojskiem, tym samym nie będzie możliwa już wspólna polityka obronna.
[polecam:https://niezalezna.pl/polska/goraca-dyskusja-na-temat-programu-safe-gdyby-naprawde-mieli-sie-czym-pochwalic-nie-ukrywaliby-tej-listy/562550
Na ten moment nie wiemy, czy ten czarny scenariusz się zrealizuje, ale wszystko to, co widzimy wokół, każe nam zakładać, że właśnie tak będzie, niezależnie od tego, jak chciałbym się w tej materii mylić. I dlatego lepiej w tym momencie nazywać program SAFE programem „Danger”.
Ruskie balony nad Polską każdej nocy, Rząd nie reaguje❗️
— GP Codziennie (@GPCodziennie) February 1, 2026
Sprawdź najnowsze wydanie #GazetaPolskaCodziennie
👉@GPCodziennie pic.twitter.com/HR5ykG50MU