Parę dni przed wyborami przeprowadzałem wywiad z przyszłą premier Beatą Szydło. Zadałem pytanie o rozgrywanie jej przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu. Zarysowałem pokrótce, jakie socjotechniki zostaną wobec niej użyte. Beata Szydło bez cienia zaskoczenia czy zmieszania odparła: ale my o tym wszystkim wiemy, jesteśmy na to przygotowani, wszystko mamy przećwiczone.
Diabeł z wyższej półki i zahukane marionetki
– mówi w najnowszym „Newsweeku” Sławomir Sierakowski. Jest to zabawne o tyle, że to on sam, niegdyś bojowy, obrońca biednych, nie pozyskawszy poparcia bodaj jednego „prekariusza”, stał się chłopcem na posyłki oligarchów.„Prezydent już do końca będzie chłopcem na posyłki. Kaczyński go zastraszył. Wiedział, że Duda jest uległy i nie ma żadnego oparcia w nikim, więc się ugnie”
Reakcja prezydenta? Cisza. A publicyści tygodnika Tomasza Lisa nerwowo zagryzają wargi: jak to?! Czemu nie działa?
A przecież jeszcze 10 lat temu działało tak pięknie. Kryterium podziału na mężów stanu oraz marionetki bez charakteru było w mediach oligarchii bardzo czytelne. Mąż stanu to ten, kto zajmując ważne stanowiska, sprzeciwia się Kaczyńskiemu. Ten zaś, kto z Kaczyńskim współdziała, robi to z niskich pobudek. W grę wchodzą haki, które ma na niego prezes. Charakteryzuje go też strachliwość, niskie kwalifikacje intelektualne, brak asertywności.
W mediach owa marionetka Kaczyńskiego staje się jeszcze bardziej godna pogardy od niego samego. On, owszem, jest wcieleniem zła, wynikającego z jego licznych życiowych traum i kompleksów, ale jest to diabeł z wyższej półki, makiaweliczny, z rozmachem.
A marionetka to tylko jego popychadło, zahukane, bezrefleksyjne, działające na własną szkodę, które prezes wykorzysta, a potem wyrzuci na śmietnik.
Młodym wyda się to absurdalne, ale 10 lat temu to naprawdę działało. W owej konstrukcji wykluczona była tylko jedna możliwość: by ktokolwiek wstąpił do PiS dlatego, że się z Kaczyńskim… zgadza. To wykluczone, przecież poglądy Kaczyńskiego wynikają z jego kompleksów, a Beata Szydło jest mężatką, Andrzej Duda zaś ma żonę i córkę, a na dodatek jest wysoki, więc jego kompleksów mieć nie mogą.
Swawolny Kazio i bufonowaty Radek
Ileż razy w historii III RP rozgrywał się ten teatrzyk? Media plujące bez opamiętania na Jarosława Kaczyńskiego, straszyły, ale i jednocześnie kusiły innych liderów PiS. Straszyły tym, że zniszczą ich wizerunek. Kusiły zaś perspektywą, iż będą traktowani lepiej, a nawet mogą – z ich pomocą – zastąpić Kaczyńskiego.
I żałosny „Kazio” mrugał w rządowym samolocie okiem do dziennikarzy: tego, co chcecie, nie mogę powiedzieć, bo będę miał przerąbane, wiadomo u kogo. A bufon z Chobielina mrugał nie tylko do dziennikarzy, ale i do szefów WSI. Chyba najbardziej żałosną postacią był Marek Migalski – facet, którego Jarosław Kaczyński wyciągnął ze śmietnika i zrobił eurodeputowanym. Migalski odwdzięczył mu się przy pierwszej nadarzającej się okazji i został nonkonformistą. A definicja nonkonformisty w III RP jest bardzo prosta: to ktoś, kto wraz z wielkimi mediami pluje na Kaczyńskiego i jest za to wynagradzany.
Dodajmy, że „nonkonformiści” przestawali być potrzebni często już kilka miesięcy później. I media wymierzały niedoszłym mężom stanu soczystego kopa w tylną część ciała lub zmuszały do żebrania o ich łaskę.
Kariery kacyków postkolonialnej III RP
Co kierowało „nonkonformistami” z PiS? To było tak naprawdę przyjęcie przez nich mentalności, którą establishment III RP zaraziło środowisko Aleksandra Kwaśniewskiego z lat 80. Studenccy działacze komunistyczni olewali ideały, w tym także marksizm–leninizm, i robili kasiorę. A potem szli w ministry, ba, nawet w prezydenty.
Ów cynizm zaimponował niektórym ich rówieśnikom z NZS, którzy trafili do PO. Ideały dobre są do robienia motłochowi wody z mózgu, a my jesteśmy cyniczni i wiemy, że chodzi tylko o kasę. Z PO z kolei mentalność ta przeszła na owych działaczy PiS.
Co powiedziałby o nich zachodni politolog? Ano to, że tak, owszem, robi się kariery, ale kariery kacyków w krajach postkolonialnych. Natomiast mężowie stanu obok przebiegłości mają jeszcze takie cechy jak wierność kilku najważniejszym sprawom, twardy charakter i grubą skórę, niepopadanie w histerię w konfrontacji z atakami, ironię i dystans wobec siebie (przeciwieństwo bufonady).
Kaczyński i Macierewicz mają następców
„Bolało mnie od dawna, że w społeczeństwie polskim nie było szerokiego rozmachu, gniotła mnie małość życia i aspiracji, wynik niewoli” – pisał Józef Piłsudski. Mam wrażenie, że obóz niepodległościowy po 10 kwietnia 2010 r. dojrzał wreszcie, by odrzucić owo dziedzictwo niewoli. Zmężniał i sprofesjonalizował się nie tylko w tym sensie, że potrafi korzystać z umiejętności PR-owców, lecz także – to było widać w kampanii Andrzeja Dudy, którą kierowała Beata Szydło – że to politycy wyznaczali PR-owcom zadania, a nie PR-owcy kazali zmieniać poglądy politykom.
Prezydent Duda i premier Szydło zachowując się dziś „jak trzeba”, pokazują, że nie sprawdziły się obawy, iż obóz niepodległościowy nie ma następców Kaczyńskiego i Macierewicza. Właśnie w tej chwili dowodzą, że to nieprawda.
A poza tym gdy wygramy, żadnych „ichnich” trybunałów nie będzie. Jak śpiewali bojowcy PPS:
„Krew naszą długo leją katy, wciąż płyną ludu gorzkie łzy. Nadejdzie jednak dzień zapłaty, sędziami wówczas będziem my”.