Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Kolonia "zaufanych przyjaciół" Rosji

W czasach PRL rezydentury NKWD, a później KGB i GRU werbowały "przyjaciół", kwalifikując ich na szkolenia do Moskwy.

Autor:

W czasach PRL rezydentury NKWD, a później KGB i GRU werbowały "przyjaciół", kwalifikując ich na szkolenia do Moskwy. Setki funkcjonariuszy bezpieki cywilnej i wojskowej oraz rzesze aparatczyków i partyjnego narybku studiowało na sowieckich uczelniach, zdobywając zaszczytne miano „zaufanych wśród przyjaciół”. Podczas farsy „okrągłego stołu” spadł na nich ciężar legalizacji PRL oraz trudne zadanie przeprowadzenia „transformacji ustrojowej” i stworzenia podwalin bratniej III RP. Byli niezastąpieni w budowaniu „nowych” służb specjalnych, w zakładaniu partii i platform obywatelskich, w rozlicznych kampaniach medialnych, występując w nich jako „autorytety” i „eksperci”.

Gen Witalij Pawłow, szef rezydentury KGB w Polsce w latach 1973–1984, wspominał w swoich pamiętnikach: „KGB nie miało w Polsce agentów, lecz jedynie zaufanych ludzi wśród przyjaciół”.

To zdanie sowieckiego oficera doskonale znającego realia PRL zawiera klucz do zrozumienia sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po prawie czterech latach rządów obecnego układu. Dynamizm tragicznych przemian dokonujących się na polskiej scenie był możliwy, bo za kulisami wielu z nich stali ludzie z kręgu rosyjskich „przyjaciół”, obsadzeni w III RP w rolach artystów, publicystów, biznesmenów czy polityków. Wykreowanie takich procesów nie wymagało nawet bezpośredniego udziału rosyjskiej agentury. Rosjanie musieli ją mieć w RFN, Kanadzie czy w USA. W Polsce wystarczył krąg „przyjaciół”, a w nim mniejsze grono „zaufanych ludzi”.

Grozę dzisiejszego położenia potęguje fakt, że ogromna grupa Polaków zapomniała lub nie chce pamiętać o dziesięcioleciach sowieckiej okupacji, a tym bardziej wiedzieć, kim byli i kim są „zaufani wśród przyjaciół”. Mamy do czynienia z zadziwiającym paradoksem, bo choć nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby powojennej Polski za państwo wolne i demokratyczne, bez sprzeciwu godzimy się nazywać takim III Rzeczpospolitą, w której członkowie partii założonej przez okupanta brylują w życiu publicznym, a funkcjonariusze sowieckich organów represji rozgrywają nasze interesy i kreują się na „fachowców od bezpieczeństwa”.

Wolno postawić tezę, że wygrana środowiska Platformy Obywatelskiej w wyborach 2007 r. miała otworzyć drogę do pełnej reaktywacji wpływów obozu moskiewskiego i zapoczątkowała proces recydywy rządów „zaufanych wśród przyjaciół”. Proces na tyle głęboki, że można mówić o powrocie do relacji istniejących w okresie PRL i budowaniu nad Wisłą rosyjskiego dominium. Niewątpliwie też logika zdarzeń ostatnich lat pozwala dostrzec, że był to proces kontrolowany i planowy, przeprowadzony według sensownego scenariusza, w którym tragedia smoleńska odgrywa rolę punktu zwrotnego w dziejach Polski.

Iluzoryczna demokracja III RP

Już w 2007 r. Rosja powitała zmiany na naszej scenie politycznej dygresją Michaiła Margielowa, przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Rady FR: „Problemów w stosunkach rosyjsko-polskich przy Jarosławie Kaczyńskim nagromadziło się wiele, a ich likwidacja będzie wymagać czasu”.

W kwietniu 2008 r. płk Putin zapewniał, że „problemy z Polską dadzą się rozwiązać dzięki Tuskowi”, a po wygranych przez Komorowskiego wyborach prezydenckich szef komisji spraw zagranicznych Dumy Konstantin Kosaczow z radością odnotował ten fakt, mówiąc: „Z Polską, gdzie prezydentem jest pan Komorowski, a rządem kieruje pan Donald Tusk, będzie się nam udawać znajdować punkty styczne i porozumienie znacznie bardziej konsekwentnie i konstruktywnie, niż działo się to dotychczas w warunkach stałego współzawodnictwa prezydenta i rządu”. W tym samym triumfalnym tonie informował wówczas dziennik „Izwiestija”: „Wybranie na prezydenta pragmatyka Komorowskiego ustawiło wszystko na swoje miejsca. Ideologicznie emocjonalna przesada epoki Kaczyńskiego dobiegła końca”.

Rzecz jasna – tego rodzaju deklaracje przedstawicieli państwa rosyjskiego podważają propagandową tezę, jakoby Platforma Obywatelska miała być środowiskiem nowoczesnym i liberalnym, dążącym do swobód gospodarczych i poszerzania wolności obywatelskich. Nie przypadkiem politycy putinowskiej Rosji upatrują przecież w PO naturalnego partnera i wiernego sojusznika – na wzór pereelowskiej grupy zarządzającej interesami okupanta. Dlaczego reżim Putina, odpowiedzialny za ludobójstwo, mordy polityczne, prześladowania opozycji i akty cenzury, bazujący na mafijnej oligarchii i ręcznym sterowaniu gospodarką dostrzega właśnie w partii „liberałów i demokratów” stosownego towarzysza – musieliby sobie odpowiedzieć wyborcy PO.

W logice działań podjętych przez tę grupę po 2007 r. bez trudu można znaleźć źródła rosyjskich inspiracji, nawet jeśli wymóg zachowania fasadowej demokracji wymuszał nieznaczną modyfikację metod. Premierem i wicepremierem rządu nie zostali zatem funkcjonariusze pereelowskich służb, i nie od razu przystąpiono do ograniczenia swobód obywatelskich i niszczenia opozycji.

Sterowanie Platformą przez zarejestrowanego jako tajny współpracownik SB Andrzeja Olechowskiego, uruchomienie „autorytetów” koncesjonowanej opozycji czy obsadzenie stanowisk dyplomatycznych przez agenturę Departamentu I SB MSW dawało wrażenie „normalności” w ramach iluzorycznej demokracji III RP.

Rosyjską wszechwładzę „siłowików” zastąpiono procesem bondaryzacji – czyniąc z największej tajnej służby „zbrojne ramię” grupy rządzącej i gwarant nienaruszalność interesów postkomunistycznej oligarchii. Tej potrzebie podporządkowano czystki w służbach specjalnych, doprowadzając następnie do przejęcia nowego kontrwywiadu wojskowego oraz faktycznej likwidacji jedynej służby antykorupcyjnej. Jednocześnie zadbano o przywrócenie wpływów „rosyjskiego peryskopu” – ludzi zlikwidowanych WSI oraz reaktywację układu medialno-biznesowego stworzonego przez to środowisko.

Od trzech lat rozwiązania rosyjskie są wzorem dla środowisk esbeckich, które decydują o kształcie ustaw w sferze bezpieczeństwa państwa. Na nich wzorowano ustawę o zarządzaniu kryzysowym oraz podpisaną niedawno przez Bronisława Komorowskiego ustawę o ochronie informacji niejawnych. Z tego źródła wypływają inspiracje wprowadzenia cenzury internetu i inwigilacji abonentów sieci komórkowych. W tym samym czasie w putinowskiej Rosji wydawano kolejne akty prawne w ramach rządowego „programu bezpieczeństwa antykryzysowego” i „publicznej kampanii przeciwko terroryzmowi”. Polskie i rosyjskie regulacje łączył jeden, wspólny mianownik – prowadziły do zwiększania (i tak niebotycznych) uprawnień służb specjalnych, a tym samym do rozbudowy systemu kontroli nad społeczeństwem.

„Przeszkoda” została usunięta

„Opozycję należy bić pałką po łbie, a swoje poglądy może wyrażać za rogiem publicznej toalety” – ta z kolei cenna myśl płk. Putina stała się inspiracją dla marginalizacji roli opozycji w polskim parlamencie, imputowania jej zdrady i stawiania zarzutów dążenia do „rokoszu”. Prowadzona przez rządowe media kampania nienawiści wobec braci Kaczyńskich, liczne ataki i prowokacje – ale też okrutne morderstwo polityczne w łódzkim klubie PiS-u wpisywały się w logikę dyrektywy pułkownika KGB. Podobnie – antypisowska histeria, ów podstawowy atrybut integrujący „elity” III RP, należy do kanonu rosyjskiej dezinformacji i dobitnie świadczy o rozgrywaniu polskich spraw według kremlowskiego scenariusza.

Bezwzględne dowody na budowę rosyjskiego dominium w obszarze państwowości III RP znajdziemy w decyzjach politycznych i gospodarczych podejmowanych przez grupę rządzącą. Tu również można wskazać podstawową cechę – żadne nie były nieprzyjazne wobec Rosji, za to najważniejsze z nich służyły rosyjskim interesom.

Nie przypadkiem pierwsze miesiące rządów PO–PSL zdominowała sprawa tarczy antyrakietowej. Była wówczas rodzajem testu dla „zaufanych wśród przyjaciół” oraz wyrazistym, politycznym sygnałem wysłanym administracji amerykańskiej. Dzięki dokumentom dyplomatycznym ujawnionym przez Wikileaks wiemy dziś, że grupa rządząca kłamała, jakoby USA zrezygnowały z projektu tarczy z powodu obcięcia funduszy przez amerykański Kongres. Podobnie fałszywe były głosy polskich negocjatorów o zabiegach czynionych w kierunku zapewnienia nam „gwarancji bezpieczeństwa”, zagrożonego rzekomo przez fakt zainstalowania wyrzutni na polskiej ziemi. Wydaje się, że stanowisko rządu w kwestii tarczy zostało określone już po wizycie Donalda Tuska w Moskwie, w lutym 2008 r. Od tego momentu nastąpiło wyhamowanie negocjacji, mnożenie przeszkód (kwestia gwarancji) oraz poszukiwanie pretekstu do przedłużania rozmów. W czerwcu 2008 r., na dwa miesiące przed napaścią Rosji na Gruzję, grupa rządząca była gotowa doprowadzić do zerwania rozmów z Amerykanami, bez wcześniejszego uzgodnienia sprawy z prezydentem. Fiasku negocjacji zapobiegła wówczas wizyta szefowej Kancelarii Prezydenta Anny Fotygi w Waszyngtonie i jej rozmowy z czołowymi politykami USA. Jak wynika z odnotowanej w dokumentach Wikileaks wypowiedzi Sikorskiego, nawet konflikt gruziński nie był w stanie sprawić, by minister spraw zagranicznych dostrzegł związek między napaścią na Gruzję a gwarancjami bezpieczeństwa wynikającymi z obecności tarczy antyrakietowej.

Rezygnacja z tego projektu otworzyła drogę do przeorientowania polityki zagranicznej i była pierwszym czynnikiem decydującym o powierzeniu Polsce roli rosyjskiego „konia trojańskiego”. Intencje Rosji w tym zakresie najpełniej wyraził Fiodor Łukianow, redaktor naczelny prokremlowskiego pisma „Rosja w Globalnej Polityce”, pisząc: „Jeśli nie będzie dużych błędów z rosyjskiej strony, to stosunki między Rosją i Polska będą coraz bardziej pragmatyczne. To jest wygodne dla Rosji, gdyż Polska przez długi czas była główna przeszkodą dla realizacji europejskiej polityki Rosji”.

Podstawowym elementem tej polityki była ekspansja rosyjskich koncepcji dotyczących bezpieczeństwa europejskiego oraz współpracy z UE i NATO. Jako nośnik kremlowskich planów wykorzystano politykę zagraniczną rządu Donalda Tuska i obecność Polski w strukturach europejskich. Nikogo też nie dziwił fakt, że Bronisław Komorowski ogłosił swoją wizję polityki wschodniej Unii Europejskiej przebywając w Jałcie, na zaproszenie fundacji Wiktora Pińczuka, kierowanej przez Aleksandra Kwaśniewskiego.

Kilka miesięcy wcześniej, podczas szczytu Rosja–UE w Rostowie nad Donem, rzeczniczka prezydenta Rosji oświadczyła, że Kreml liczy na zmianę stanowiska Polski w sprawie współpracy Federacji Rosyjskiej z UE. „Mamy nadzieję, że stosunki z Polską, jakie ukształtowały się w ostatnim czasie, doprowadzą do zmiany stanowiska Warszawy również w kwestii współpracy Rosji z Unią Europejską” – oznajmiła, dodając, że „strona rosyjska otrzymuje takie sygnały”. Porozumienie o wzajemnych stosunkach między Rosją a UE miało zostać podpisane jeszcze w 2009 r. Na przeszkodzie stanęło jednak twarde stanowisko Lecha Kaczyńskiego. Powodem sprzeciwu prezydenta Polski były wydarzenia w Gruzji, stosowany przez Rosję szantaż energetyczny oraz polityka podporządkowania państw byłego Związku Sowieckiego. Po 10 kwietnia ta przeszkoda została usunięta.

Całość artykułu w najnowszym wydaniu tygodnika „Gazeta Polska”

W numerze specjalny dodatek poświęcony Żołnierzom Wyklętym

Autor:

Źródło:

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej