Świeżo po ogłoszeniu wyników wyborów samorządowych wydawało się, że przynależność do PSL będzie odtąd w Polsce czymś wstydliwym czy kompromitującym. W sieci krążyły satyryczne memy z globusem, na którym nawet Chiny czy Australia zaznaczone były na zielono, gdyż PSL wygrał wybory na całym świecie. „PKW: Habemus papam Piechocinsky” – głosił kolejny satyryczny obrazek, pokazujący lidera PSL w papieskim ornacie. Na jeszcze innym klaszczący Kim Dzong Un gratulował PSL: „No k…, wyrazy uznania”.
Na ulice kilku miast, w proteście przeciwko sfałszowaniu wyborów, wyszły tysiące młodych ludzi. Ale potem przez główne media przetoczyła się kampania mająca dowieść, że bałagan i chaos owszem, były, ale tylko szaleńcy od Kaczyńskiego mogą twierdzić, że wybory sfałszowano celowo.
W rolach głównych wystąpili prezydent Bronisław Komorowski, mówiący o „odmętach szaleństwa”, konsultujący się z nim prezesi najważniejszych sądów z prof. Andrzejem Rzeplińskim na czele oraz Jakub Sobieniowski z „Faktów”, który przyćmił nawet manipulacje Moniki Olejnik i Tomasza Lisa. W efekcie tej kampanii niemal nikt nie pamięta dziś, że PSL „zdobył” w wyborach do sejmików niemal 24 proc. głosów.
– Establishment Polski postsowieckiej przekonał się, że PSL jest sprawny. Rzecz jasna udawanie przez wstępujących do tej partii polityków, że nie zauważyli sfałszowania wyborów, to ostateczny dowód degrengolady i upadku polskiej polityki – mówi dr Jerzy Targalski. Jak to możliwe, że Ludwik Dorn, współpracownik KOR, opozycjonista z czasów PRL, jest gotowy przekreślić swój życiorys bojownika o demokrację i rozważa kandydowanie z list PSL? – Dorn zmądrzał. Pokazuje, że tamte czasy to był tylko młodzieńczy okres burzy i naporu – komentuje Targalski.
Więcej w najnowszym wydaniu tygodnika „Gazeta Polska”.