"Stroje dla Donalda dostarczał Mirek Drzewiecki. Przez wiele lat działał w branży odzieżowej, więc miał kontakty w fabrykach Bossa i Joopa. Przywoził, dajmy na to, pięć garniturów i dziesięć koszul. Przewodniczący mierzył i wybierał. Za garnitury płacił zawsze prywatnymi pieniędzmi, tyle że Mirkowe ceny były bezkonkurencyjne. Koszule czasem mogły być za darmo, bo Drzewiecki szył je w swojej fabryce" - pisał "Wprost" w 2011 r. (przypomniał o tym dziś znany serwis plotkarski Pudelek.pl).
W świetle afery futrowej, której główna bohaterka - żona Drzewieckiego - pokazała się jako osoba doświadczona w tej "branży", temat garniturów sprowadzanych z zagranicy dla Donalda Tuska od "Mira" nabiera więc nowego blasku. Czy piękne garnitury, w których widzimy premiera w mediach, pomagała załatwiać pani Janina D.?
Warto także przypomnieć, że na futrach problemy małżeństwa Drzewieckich z prawem w USA się nie kończą. Sylwestra 1999/2000 r. skarbnik PO spędził w areszcie na Florydzie. Według notatki oficerów policji, którą ujawnili reporterzy "Teraz My", pobił żonę. Miał ją najpierw chwycić za szyję, a potem rzucić na ziemię.
- Od obojga czułem bardzo silną woń alkoholu. Pani Drzewiecka stała na ulicy, a jej mąż siedział w aucie po drugiej stronie - napisał funkcjonariusz policji. Sam minister Drzewiecki i jego żona w 2008 r., gdy aferę ujawniono - zaprzeczyli.
Mirosław Drzewiecki odegrał także jedną z głównych ról w aferze hazardowej, zamiecionej sprawnie pod dywan przez władzę; to właśnie od czasu ujawnienia kompromitujących stenogramów nazywany jest "Mirem". Mimo afery przyjaciele z Platformy Obywatelskiej nie odwrócili się od niego. O spotkaniach z wiceprzewodniczącym partii i czołowymi postaciami stacji Polsat "Gazeta Polska Codziennie" pisała w maju zeszłego roku.
"Grzegorz Schetyna i Mirosław Drzewiecki siedzieli w jednej z restauracji na Saskiej Kępie w Warszawie z Józefem Birkiem, członkiem rady nadzorczej Polsatu i jednocześnie zaufanym mecenasem Zygmunta Solorza-Żaka oraz Marianem Kmitą, szefem Polsatu Sport, kandydatem na ministra sportu po dymisji Drzewieckiego. Panowie usiedli w najciemniejszym kącie sali, zaciągnęli żaluzje, a na początku rozmowy wykręcili świecącą nad stolikiem żarówkę. Za wszystkie dania i alkohole (spotkanie trwało kilka godzin) zapłacił Polsat. Schetyna, pytany przez "Codzienną" czego dotyczyło spotkanie, nie odpowiedział, a po pięciu minutach pojechał do szpitala na „kroplówkę regenerującą". Czytaj więcej o tym spotkaniu.