Gdybym znał rzeczywistość tylko z ekranów telewizora czy przekazów w internecie, mógłbym przypuszczać, że największym obecnie problemem Polski i Polaków jest procedura apostazji. Nie ma wprawdzie jeszcze fotek z kolejkami aspirujących apostatów przed plebaniami, ale to tylko kwestia czasu. Niebawem pojawi się też zapewne w mediach kilkuosobowy marsz apostatów, który transmitowany będzie na żywo przez wszystkie stacje telewizyjne. Na razie jest spokojnie. Wezwano tylko premiera, by doprowadził do zmiany procedur apostazji, a dziennikarze z przerażeniem w oczach pochylają się nad losem biedaków, którym utrudnia się „wystąpienie z Kościoła”. Swój kamyczek do tych żali dołożył już nawet ks. Wojciech Lemański na Lisowym portalu naTemat.pl, gdzie zasugerował, że z wyjściem z Kościoła jest jak z otwieraniem peerelowskiej puszki z szynką, i podkreślił, że warto ułatwić wychodzenie. Duchownemu wyrwało się nawet, że należy przestać „straszyć apostatów piekłem”, bo miałoby to być rzekomo niesoborowe.
Apostazja jako duchowe samobójstwo
Ten lekki ton w ogóle nie współgra jednak z tym, czym według katolików jest akt apostazji. Szczególnie wierzący katolik nie może traktować go lekko. Jest to bowiem – i piszę to z pełną świadomością znaczenia tych słów – coś na kształt duchowego samobójstwa. Człowiek świadomie i dobrowolnie (warto tu sobie jednak uświadomić, że nie każda nasza decyzja jest w pełni świadoma czy dobrowolna) odstępuje od Chrystusa (tym bowiem jest odstąpienie od Kościoła, który jest Mistycznym Ciałem Chrystusa), skazując siebie na wieczne potępienie. Nie ma bowiem innej drogi zbawienia (także dla niewierzących czy innowierców) niż przez Wcielonego Boga w Kościele.
Te ostre słowa, o czym warto pamiętać, mają zakorzenienie nie tyle w jakiejś instytucjonalnej obronie stanu posiadania przez potężną instytucję, ale w słowach Jezusa Chrystusa. „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10, 32-33) – mówił Jezus do swoich uczniów. „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał” (Mt 10, 40) – uzupełniał. Nad tymi słowami Kościół nie ma władzy, nie może z nich zrezygnować, nie może uznać się za jedną z wielu instytucji, do której można wstąpić, a potem wystąpić, bez żadnych konsekwencji. Jasne nauczanie Jezusa Chrystusa pokazuje, czym jest apostazja i jakie są jej skutki. Odmowa głoszenia tej prawdy byłaby zdradą Ewangelii, ale przede wszystkim niesprawiedliwością wobec wiernych, którym odmawiałoby się – w imię nienarażania się światu czy podbudowywania samozadowolenia – nauczania Kościoła.
Jeśli tak spojrzeć na apostazję, to trudno się dziwić, że Kościół nie chce ułatwiać tej procedury. Rolą kapłana nie jest bowiem wyprowadzanie ludzi z Kościoła, ułatwianie im zerwania z Chrystusem, ale nieustanna walka o ich dusze. Lekkie spojrzenie na apostazję (szczególnie u ludzi wierzących), szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę jej skutki wieczne, wymusza postawienie pytania o to, czy rzeczywiście wierzą oni w to, że Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem, i czy wierzą w istnienie piekła.
Raz ochrzczony, zawsze ochrzczony
Chrzest, o czym też warto pamiętać, który zmywa winę grzechu pierworodnego i włącza w społeczność Kościoła, jest sakramentem, którego znamienia zmyć się nie da. Kto raz został ochrzczony będzie nim na zawsze. Wykreślenie (czego już zaczyna domagać się jedna z frakcji ruchu apostatycznego) z ksiąg parafialnych nie może tego zmienić. Apostata, choćby nawet próbował sobie wysuszyć chrzest (a są takie „obrzędy” wysuszania znamienia chrztu), zawsze pozostanie ochrzczony, i nigdy już nie będzie przez Kościół traktowany jak osoba nieochrzczona. Z punktu widzenia prawa kościelnego nie będzie on zatem kimś pozostającym na zewnątrz wspólnoty, kto nie ma z nią nic wspólnego, ale raczej przestępcą.
Jeśli zatem zdecyduje się kiedyś (czego wszystkim apostatom życzę) powrócić do wspólnoty Kościoła, to nie będzie powtórnie chrzczony, lecz nałoży się na niego pokutę, poprosi o wyznanie wiary. Inaczej jest z osobą nieochrzczoną, która zwyczajnie musi zostać ochrzczona, ale nie podlega dla odmiany pokucie za przestępstwo, którego nie było. Tyle teologia. Ale jest też praktyczny wymiar tej sytuacji. Aby ksiądz pozostał wierny doktrynie, musi wiedzieć, czy delikwent, który do niego przychodzi z wolą uregulowania swojej sytuacji, był ochrzczony, a potem się wypisał z Kościoła, czy też nigdy w nim nie był. Wiedza zatem, kto był ochrzczony i kto ze wspólnoty formalnym aktem „wystąpił”, jest konieczna, by móc zgodnie z teologią Kościoła normalnie sprawować sakramenty, by nie chrzcić ponownie tych samych osób.
Pozostawienie osoby raz ochrzczonej w księgach parafialnych jest jednak także zwyczajnym szacunkiem dla rzeczywistości. Apostata był bowiem ochrzczony i jego wola nie może tego zmienić. Nikt z nas nie ma władzy nad przeszłością. Palenie dokumentów, niszczenie ich nie zmieniają niczego. Stalinowcy wygumkowywali ze zdjęć i dokumentów niewłaściwe osoby. Nie ma jednak najmniejszych powodów, by na podobną operację mieli się zgodzić katolicy. Tym bardziej że naruszałaby ona zasadę, że byłe nie może stać się niebyłym.
Całość artykułu w tygodniku “Gazeta Polska”
