Mamy szansę. My, Polacy. My, społeczeństwo obywatelskie. Szansę na zmianę władzy. Na nowy styl rządzenia. Na innego premiera – takiego, który by „nie kłaniał się okolicznościom”. I rządził, a nie tylko używał władzy dla interesów własnych, środowiskowych czy partyjnych. Mamy tę szansę, jeśli spełnimy jeden warunek. Jest nim maksymalna koncentracja sił i środków, potrzebna, aby wreszcie odsunąć od władzy Tuska i Platformę Obywatelską. To my mamy rację. Ale tej naszej racji musimy zapewnić demokratyczny mandat. Czas najwyższy, by w związku z tym powiedzieć sobie wprost, patrząc w oczy, kilka twardych prawd.
Jeden lider
Prawda pierwsza. Gra na lidera. Nie wygramy tych wyborów jako pospolite ruszenie. Musimy być zdyscyplinowaną armią. Jeżeli ktoś chce tylko narzekać i być do końca świata w opozycji, niech lepiej zrezygnuje z polityki i zajmie się zbieraniem motyli albo jakimś innym pożytecznym hobby. Mając przeciw sobie potężny aparat państwowy, zdecydowaną większość mediów, a także układy międzynarodowe, musimy być do bólu profesjonalną opozycją. Taką, która wie, czego chce i która nie tylko wie, co zrobi po wyborach, jakie ustawy uchwali w pierwszej kolejności, ale przede wszystkim ma pomysł, jak wybory wygrać. Można ułożyć świetny program, ale nigdy nie mieć możliwości go zrealizować.
A więc, po pierwsze, potrzebna nam jest dyscyplina. Gramy na lidera. Jest nim Jarosław Kaczyński. Czy to się komu podoba, czy nie, to każdy, kto dziś go atakuje, nawet i z prawicowych pozycji, pomaga Donaldowi Tuskowi, wzmacnia jego macierzystą formację, szkodząc tym samym Polsce. To twarde słowa. Ale musiały paść, bo gramy dziś o największą stawkę. Naszym celem nie jest budowanie idealnej, bezgrzesznej prawicy. Nie możemy mamić się pełnymi harmonii utopijnymi wizjami. Chodzi o to, aby walkę wygrać. Może to zrobić tylko Prawo i Sprawiedliwość, nawet jeśli nie jest wzorcem doskonałości z Sèvres. Cóż, z Prawem i Sprawiedliwością jest jak z kapitalizmem – nic lepszego nie wymyślono. I nie ma co silić się na nowe pomysły za pięć dwunasta.
Siła w jedności
Prawda druga: jedność. Prawicowi, a może po prostu: niepodległościowi, wyborcy są – mam wrażenie – mądrzejsi od niektórych prawicowych polityków. Wyborcy wyciągnęli wnioski ze „smuty” lat 90. i początku tego wieku, gdy podzielona prawica oddawała władzę lewicy, a „Gazeta Wyborcza” śmiała się nam w twarz. Musimy dziś przyrzec wyborcom: to se nevrátí. Nie ma powrotu do czasów, w których prawicowa flotylla składała się z małych, samodzielnych ad absurdum stateczków i w związku z tym regularnie szła na dno. Mamy teraz wielki, doświadczony w bojach okręt, mamy kapitana i wiemy, jak szybko dopłynąć do portu o nazwie: Zwycięstwo. Każdy, kto dziś kleci jakieś małe prawicowe szalupy, tylko zresztą po to, aby zostać ich kapitanem, szkodzi nie tyle Kaczyńskiemu, ile krajowi. Szkodzi także – powiedzmy to wprost – wartościom tradycyjnym i Kościołowi, bo w momencie zmasowanego rządowo-medialnego ataku na te wartości i tę wspólnotę potrzebują one obrońcy. Jednego, silnego obrońcy, który ma realną perspektywę bronić ich już niedługo za pomocą instrumentów takich, jakie posiada rząd.
Brak jedności, nowe inicjatywy rozbijające prawicę, ataki na główną partię niepodległościową, mającą w sondażach już do 30 proc. poparcia, personalne ataki na Jarosława Kaczyńskiego – to proste pomysły na porażkę prawicy oraz najlepszy prezent dla Donalda Tuska i jego partii. To wreszcie sposób, jak umożliwić dalsze rządy formacji, dla której „polski interes narodowy” jest pojęciem ze słownika wyrazów obcych. Kto działa na prawicy na własną rękę, po partyzancku, jest – niezależnie od intencji – sojusznikiem Platformy Obywatelskiej. Znowu twarde słowa. Ale prawdziwe. I konieczne, by otrzeźwić tych, dla których partykularne, egoistyczne interesy są ważniejsze od Polski i od realnego zwycięstwa obozu niepodległościowego w najbliższych wyborach.
Realna opozycja
Prawda trzecia: jednoznaczność. Jesteśmy prawdziwą opozycją. Nie marzymy – jak Palikot czy Miller – żeby nas Tusk łaskawie zaprosił do rządu. Nie chcemy dogadywać się z Platformą Obywatelską, nie chcemy handlować z PO, nie chcemy brać udziału we władzy, w której jest partia Tuska. Nas nie można zneutralizować ani kupić. Nie jesteśmy łże-opozycją. Nie jesteśmy sitwą, która taktycznie krytykuje inną sitwę tylko po to, żeby zaraz się z nią dogadać. Jesteśmy opozycją twardą, a nie koncesjonowaną, która w razie czego dostarczy głosów rządowi, jak Palikot w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego. Jeżeli rząd raz „na ruski miesiąc” zaproponuje coś dobrego, zwłaszcza jeżeli będzie to wcześniejszy pomysł PiS, to poprzemy. Ale będzie to wyjątek od reguły.
Trzy prawdy. Trzy lata. I zwycięskie wybory…
