Z każdą odsłoną absurdów trawiących budżet Grecji rośnie stos obelg rzucanych w stronę niemieckich polityków. W greckich mediach i podczas demonstracji aż roi się od groteskowych porównań niemieckich rządzących do nazistów.
Z publikacji prasowych i okrzyków na ulicach przebija się komunikat, że oto Niemcy dysponują na tyle silną gospodarką, by zapanować nie tylko nad Grecją, ale i nad całą Europą. Czego nie udało się zdobyć czołgami, teraz będzie można podbić mocarnością niemieckiej ekonomii. Grecki Związek Konsumencki apeluje do ludzi, by nie kupowali niemieckich produktów.
Szczytem antyniemieckiej paranoi była wypowiedź prezydenta Karolosa Papuliasa, który zarzucił Wolfgangowi Schäublemu obrażanie Grecji. A wszystko dlatego, że niemiecki minister finansów w kilka miesięcy od zapoczątkowania wypłat pomocy finansowej dla Grecji odważył się zwrócić uwagę na to, że nie wystarczy poprzestać na konsolidacji. Trzeba jeszcze zapewnić instytucje i państwa udzielające wsparcia, że podejmowane na ich żądanie wysiłki ratunkowe nie pójdą na marne, tylko przyniosą korzyść i staną się wiarygodne.
– Nie akceptuję tego, że pan Schäuble obraża moją ojczyznę – powiedział prezydent Grecji.
Papoulias poczuł się urażony, że Schäuble podobnie jak i kilku innych polityków europejskich sprzeciwił się wyrzucaniu pieniędzy przez okno.
Zdaniem ministra Grecja powinna udowodnić, że przekazywane jej środki finansowe są właściwie wykorzystywane i że nawet w przypadku zmiany rządu Grecja może zagwarantować, że sprosta zobowiązaniom, które podjęła, przyjmując pierwszą transzę pomocy.
Naziści, z którymi zrównuje się dziś niemieckich polityków, musieli być całkiem przyjaznymi i nieszkodliwymi ludźmi, skoro ich działania zasadzały się wyłącznie na oczekiwaniu, że dłużnicy oddadzą im pieniądze z odsetkami.
Pięćdziesiąt lat temu w niektórych rejonach Grecji panowały warunki porównywalne z kondycją państw trzeciego świata. Dzisiejsza Grecja pod wieloma względami nadal przypomina kraj „drugiego świata”. To dzięki wsparciu Unii Europejskiej i jej najgorliwszego płatnika, czyli Niemiec, Grecja wyszła na prostą. Za pośrednictwem Brukseli Niemcy udzielili Helladzie wsparcia odmierzanego w miliardach euro.
Grecki skarb narodowy, 87-letni Mikis Theodorakis, kompozytor i bojownik zasłużony w walce z panującą w latach 1967–1974 w Grecji dyktaturą wojskową usiłuje powrócić w wielkim stylu, rozpętując wojenną retorykę. Theodorakis zachowuje się jakby wyruszał na świętą wojnę przeciwko wrogim siłom Berlina, Nazistów, Angeli Merkel i Wolfganga Schäublego razem wziętych.
Myślę, że gorączkowa, antyniemiecka postawa tego człowieka jest symptomatyczna dla uczuć grających w wielu greckich duszach. Emocji, które przy odpowiednim akompaniamencie zaczynają niebezpiecznie drgać.
Właśnie takie emocje zawładnęły również greckim prezydentem, Karolosem Papuliasem. Jako 14-latek Papoulias wstąpił do grupy oporu walczącej z włoskim i niemieckim okupantem. Kiedy w Grecji rządziła wojskowa junta, przyszły prezydent odnalazł w Niemczech azyl. Studiował i mieszkał w Kolonii, do dziś płynnie posługuje się językiem niemieckim. I ten człowiek schodzi na najniższy poziom przyłączając się do populistycznego chóru żerującego na najniższych instynktach.
Można odnieść wrażenie, że greckie opowieści o czających się nazistach są sposobem zrekompensowania sobie poczucia niższości. Przecież te wszystkie komentarze i obelgi nie mają nic wspólnego z rzetelną debatą o winie i pokucie czy odpowiedzialności za historię.
W istocie chodzi o wykorzystywanie cierpienia ofiar nazistowskiej dyktatury pod pretekstem obrony. Jest to niczym innym, jak rażącą instrumentalizacją cierpienia w celu osiągnięcia doraźnych celów politycznych. Postawa taka nie ma nic wspólnego ze świadomością historyczną. Jest hańbą.
Przykład Grecji dobitnie ukazuje pewne tendencje, widoczne również w innych państwach europejskich, z Niemcami włącznie.
W Niemczech komuniści i członkowie obozu lewicowego wykorzystują wątki z dziejów III Rzeszy, aby unieszkodliwić i zastraszyć oponentów z frakcji konserwatywnej.
Za granicą natomiast już nie lewica, ale kręgi prawicowe przejawiają skłonność do dyskredytowania Niemiec w podobny sposób.
Kanclerz Merkel i posadzony w 2010 r. za jej przyzwoleniem w pałacu Bellevue były już prezydent Christian Wulff, jako reprezentanci obozu konserwatywnego wciąż z hipokryzją bili się w piersi. Niewykluczone, że te odtwarzane mechanicznie gesty, czynione w 60 lat od zakończenia II wojny światowej, sprowokowały wydarzenia, które możemy zaobserwować na ateńskich demonstracjach. Przy okazji na jaw wychodzą wypaczenia niemieckiej polityki.
Świadczy o tym m.in. to, że Angelę Merkel można przedstawiać jako „córkę Hitlera”, a ona zachowuje się tak, jakby nie była świadoma, co się wokół niej dzieje.
Merkel jest bez wątpienia najpotężniejszym politykiem Europy, i tym bardziej przeraża fakt, że przynosi ona zarówno społeczeństwu Niemiec, jak i wielu innym europejskim więcej szkody niż pożytku.
Tłumaczenie i opracowanie:
Olga Doleśniak-Harczuk