Zagrożenie blackoutem to nie nowość
Od ponad 10 lat w Polsce, ale też w całej Europie regularnie i zupełnie na serio mówi się o możliwości występowania poważnych zakłóceń w dostawach energii elektrycznej. Zagrożenie to występować może zarówno zimą, jak i latem w szczytach zapotrzebowania. W dyskusji na ten temat podnoszone są m.in. obawy związane z przebiegiem transformacji w ramach Odnawialnych Źródeł Energii (OZE) w państwach Unii Europejskiej.
Obserwuj Niezalezna.pl w Google! Wejdź na nasz profil, a następnie kliknij „Obserwuj w Google”
W sierpniu 2015 r. w Polsce z powodu upałów, niskiego poziomu wód w rzekach, awarii bloków energetycznych i rekordowego zapotrzebowania na prąd pierwszy raz od niemal 30 ogłoszono 20. - najwyższy stopień zasilania, co wiązało się z ograniczeniem poboru energii dla przemysłu, ale zapobiegło pełnemu blackoutowi.
Do znacznie większej i o większym zasięgu awarii sieci elektroenergetycznej doszło w Hiszpanii pod koniec kwietnia ub.r. Problemy z nią związane dosięgnęły wówczas także Portugali i Francji.
Tegoroczne upały i związane z nimi zwiększone zapotrzebowanie na energię w całej Europie niosą ryzyko możliwych deficytów mocy czy przeciążenia sieci energetycznych, a więc kolejnych blackoutów. Ze względu na niski stan wód Dunaju, Węgry podjęły właśnie decyzję o ograniczeniu (a docelowo być może całkowitym wyłączeniu) produkcji energii w elektrowni jądrowej Paks.
Kapryśne OZE
Czy problemy z dostawami energii dosięgną także Polskę? O tę kwestię portal Niezależna.pl zapytał eksperta w zakresie optymalizacji rozwoju i funkcjonowania systemów elektroenergetycznych prof. Władysława Mielczarskiego.
Nasz rozmówca przyznał, że braki mocy pojawiają się już obecnie. - Jest takie narzędzie, które się nazywa “Rynek Mocy”. To jest specjalny system, w którym operator - czyli Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE) - kupuje dyspozycyjność elektrowni. To kosztuje miliardy. Do tej pory, w ciągu sześciu lat zapłaciliśmy za to 40 mld zł, w tym roku zapłacimy ok. 10 mld zł. - zaznaczył.
- Cel jest taki, że jak np. nie działają źródła odnawialne, to ten rynek ma je zastąpić. To działa w ten sposób, że jeżeli na rynku dzieje się coś złego i operator nie może zbilansować popytu z podażą, wtedy wzywa na pomoc ten Rynek Mocy, czyli rodzaj “straży pożarnej”, ponieważ nie bilansował mu się do końca system. I mieliśmy tego przykład 30 czerwca
- tłumaczył.
Wyjaśnił, że przy bardzo dużych upałach, ażeby zrobić miejsce dla OZE, których jest nadmiar, operatorzy próbują wyeksportować energię, chociaż ona wówczas “kosztuje grosze”. - Jak już nie mogą wyeksportować tej energii, to dają polecenia dla elektrowni węglowych, żeby zmniejszyły moc, aby dać miejsce dla źródeł odnawialnych. A na koniec, jak już nie ma tego miejsca, to wyłączają je - powiedział.
Jaki jest skutek tych działań? Otóż, kiedy słońce zaczyna znikać za horyzontem nagle cała energia z paneli fotowoltaicznych z systemu znika, mimo, że wciąż jest bardzo potrzebna.
- Wtedy te elektrownie węglowe, które zostały stłumione czy wyłączone muszą szybko zwiększyć produkcję, ale to się nie zawsze udaje. I tu nam grozi coś takiego, że my, zmniejszając produkcję elektrowni węglowych, żeby zrobić miejsce źródłom odnawialnym, wieczorem, kiedy nagle jest zapotrzebowanie na energię nie jesteśmy w stanie tych wszystkich elektrowni węglowych uruchomić
- podkreślił prof. Mielczarski.
Zaznaczył, że we “w miarę słoneczny dzień udział źródeł odnawialnych stanowi ok. 40-50 proc. całego zapotrzebowania”. - Ale 40 procent, to jest 10 tys. MW. To trzeba by uruchomić elektrownie Bełchatów, elektrownię Kozienice i powiedzmy Opole. Trzy takie elektrownie musza wejść, żeby to zastąpić. Ale tego się nie robi w ciągu sekundy. Trzeba te bloki rozgrzać, podłączyć itd. I tu jest cały problem, bo my nie jesteśmy w stanie zbilansować szybkiego spadku źródeł produkcji ze źródeł odnawialnych. One są tak zmienne, że zaczynają całym tym systemem bujać, jak łódką. Jest tylko pytanie: kiedy nabierze się tyle wody, że ta łódka się wywróci - tłumaczył energetyk.
Tylko atom, węgiel i gaz
Spytaliśmy prof. Mielczarskiego, które źródła pozyskiwania energii są zatem jego zdaniem najbardziej niezawodne. Naukowiec zaznaczył, że niezawodność oznacza, “że kiedy każemy im pracować, one będą na to polecenie odpowiadały”. - I taką cechę elektrowni, że one zawsze odpowiedzą i zawsze zrobią swoje, my nazywamy dyspozycyjnością. A ta dyspozycyjność musi być 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Przecież nie chodzi tylko o lato, ale kiedy przyjdzie zima, kiedy słońca nie ma, a wiatru też często nie ma - są tzw. "die Dunkelflaute", czyli ciemne flauty, kiedy nie ma wiatru i nie ma słońca. Mamy więc tylko trzy technologie, które spełniają warunki niezawodności: to jest atom, węgiel i gaz - ocenił.
- Atomu nie mamy, coś tam próbujemy, ale dzisiaj nikt nie jest w stanie powiedzieć, kiedy to będzie, ale na pewno nie wcześniej niż za 15 lat. Jeśli chodzi o węgiel, to zgodnie z polityką energetyczną mamy go skasować, bo jest “nieodpowiedni”. A większe postawienie na gaz, to jest pułapka. Wszyscy przecież wiedzą, że jest coś takiego jak Cieśnina Ormuz. Mamy gazoport, mamy jeden rurociąg, ale to jest wszystko mało, a własna produkcja gazu w Polsce jest bardzo niewielka
- wyjaśnił.
“OZE mogą być, ale to tylko taki kwiatek do kożucha” - dodał prof. Mielczarski.
Zmiany klimatu bez znaczenia
Spytaliśmy naszego rozmówcę czy podziela zdanie tzw. ekspertów klimatycznych oraz wielu polityków, którzy problemy związane z produkcją energii, zwłaszcza w okresach największego zapotrzebowania wiążą ze zmianami klimatycznymi.
- Klimat się zawsze zmieniał. Wszyscy przecież wiedzą, że w średniowieczu w Polsce panował mniej więcej taki klimat jak w Chorwacji czy w północnych Włoszech. A jeszcze jakiś czas temu jeździliśmy po zamarzniętym Bałtyku. Starsze osoby pamiętają zimy stulecia w 1978 roku czy w latach osiemdziesiątych. Klimat się zmienia cały czas i my nie mamy na niego wpływu. I to, co robimy w ogóle nie ma większego znaczenia
- przekonywał.
Prof. Mielczarski podkreślił, że spośród wielu państw i grup państw na świecie “tylko Europa sobie postawiła przed sobą zadanie, taką wiarę, że zmniejszenie emisji dwutlenku węgla zatrzyma zmiany klimatyczne”. - My coś tam w Europie próbujemy, ale w międzyczasie Azja macha na ręką, Stany Zjednoczone powiedziały, że to im się nie kalkuluje. I zostaliśmy sami, popełniając energetyczne samobójstwo. Klimat się będzie zmieniał, ale myślę, że to jest arogancja ze strony ludzi, którzy twierdzą, że jeśli my coś tam zmniejszymy / zwiększymy, to zmienimy klimat. Nie, to są rzeczy, na które nie mamy wpływu i powinniśmy tylko z pokorą przyjmować to, co będzie. Jak będzie epoka lodowa, to trudno, nic nie zrobimy. Jak się ociepli, to też nic nie zrobimy. Zresztą to ocieplenie w północnej Europie ma swoje pozytywne elementy - podsumował prof. Władysław Mielczarski.