Trwa festiwal ostentacyjnego braku odpowiedzialności za czyny i ich brak (obie bowiem rzeczy są istotne) w wykonaniu obozu rządowego. Przy czym niektóre z tych ucieczek od odpowiedzialności są tak rażąco bezczelne w owijaniu w bawełnę i bałamuceniu opinii publicznej wierutnymi kłamstwami, że aż wszystko zaczyna mieć wymiar komediowy. Oto, za absolutne fiasko polskiej polityki międzynarodowej w kwestii umowy UE z Mercosur, ma w oczach Tusków, Lisów et consortes odpowiadać… prezydent Karol Nawrocki! Czemu? Bo kiedyś spotkał się z Giorgią Meloni i z nią rozmawiał. Abstrahując od tego, że umowę z Mercosur przeforsowano by z Włochami i bez Włochów, to podkreślić trzeba, że po dwóch latach rządów Koalicji 13 Grudnia na jaw wyszło całkowite pustosłowie Tuska, obiecującego wcześniej, że nikt go w Unii nie ogra. Wreszcie dziwnie niespójnym wydaje się stosunek rządu do prezydenta – oto w głównym nurcie narracyjnym „nie powinien się wtrącać do polityki zagranicznej”, „to nie jego kompetencja”, ale gdy w kwestiach kluczowych, takich jak umowa z Mercosur rząd zalicza porażkę, to usiłuje on winę zwalić (jak w szkole podstawowej), właśnie na prezydenta!
Tymczasem, gdy się takie rzeczy dzieją, to trzeba umieć je brać na klatę! Uderzyć się w pierś. Wziąć odpowiedzialność!
Ale gdzie tam! To tylko głupie, stare wyświechtane słowo… Do kosza z „odpowiedzialnością”, jak z tym krzyżem w jednej ze szkół. Do kosza z odpowiedzialnością za los polskich rolników, za jakość żywności na polskich stołach, do kosza z odpowiedzialnością za życie, zdrowie, bezpieczeństwo obywateli. Myślicie, że polecą wysoko głowo za to, co się działo w sprawie gwałtu w jednostce policyjnej? Że ktoś poda się do dymisji? Minister, wysoki oficer w hierarchii policyjnej służby? Gdzie tam! W końcu odpowiedzialność to słowo ze starych słowników. Jego miejsce jest na śmietniku.
Istnieje więc już tylko jedna opcja – taka mianowicie, że dopiero wtedy, gdy wyborcy zdecydują o zmianie ekipy rządowej, będzie można tego i owego do odpowiedzialności pociągnąć.