Nędza ekspertów „wolnych mediów”
Chaos informacyjny, jaki zapanował w związku z działaniami Prigożyna, dobrze oddaje zestawienie dwóch tekstów z Onet premium.
Chaos informacyjny, jaki zapanował w związku z działaniami Prigożyna, dobrze oddaje zestawienie dwóch tekstów z Onet premium.
Rozbawił mnie szef delegacji Platformy Obywatelskiej w Parlamencie Europejskim i członek prezydium frakcji Europejskiej Partii Ludowej Andrzej Halicki, który stwierdził, że skoro premier Włoch Giorgia Meloni forsuje jak najszybszą decyzję Unii Europejskiej w sprawie polityki imigracyjnej, to znaczy, że „nikt już nie słucha PiS”.
Prezydent Macron najwyraźniej lubi następować wciąż na te same grabie, o czym świadczy jego nowa inicjatywa, która jakoś umknęła analizom politologów. Skoro zawiodły miłosne telefony na Kreml, to wnuki gilotyniarzy postanowiły podlizać się krasawicy na moskiewskim tronie okrężną drogą przez dość osobliwe wsparcie Armenii.
Jakże łatwo przychodzi lewactwu operowanie etykietką faszyzmu w stosunku do swych politycznych przeciwników. W Polsce to wielka grupa – pracownicy i współpracownicy mediów publicznych, dziennikarze prawicowych mediów, członkowie partii i przy okazji ich elektoraty.
Wydarzenia w Rosji odwróciły nieco uwagę od ukraińskiej kontrofensywy. To może nawet lepiej dla strony ukraińskiej, gdy chaos wdziera się w szeregi wroga i nie dyskutuje się publicznie o jej działaniach militarnych. Wygląda jednak na to, że Siły Zbrojne Ukrainy umiejętnie wykorzystują próbę puczu Jewgienija Prigożyna i jego zbrodniczej Grupy Wagnera.
Komentatorzy polskiego życia publicznego uwielbiają z mądrą miną ubolewać nad tym, że polska scena polityczna jest zabetonowana. To w jakimś sensie jest prawda. Rzeczywiście wiele osób nie widzi powodów, aby zmieniać swoje sympatie polityczne.
Sytuacja za naszą wschodnią granicą staje się coraz bardziej dynamiczna. Nie sposób odpowiedzialnie dokonać jej oceny.
Manfred Weber chciał pomóc, ale nie pomógł. Jego wypowiedź najpierw dotarła do mnie w wersji trochę krótszej, gdzie mowa była wyłącznie o tym, że niesprecyzowani oni, przez Webera reprezentowani, są jedyną siła zdolną do zastąpienia PiS na naszej scenie politycznej jako partii rządzącej. Ten brak doprecyzowania okazał się być pułapką, stworzył bowiem pole do różnych interpretacji.
Historycy zawsze się sprzeczali, czy rosyjskie rewolucje były sterowane z zewnątrz, czy też to jedynie efekt słabości państwa. Rewolucja 1905 roku była efektem przegranej wojny z Japonią i pierwszej od dziesiątek lat kompromitacji caratu. Podobnie było z dwoma rewolucjami w 1917 roku. Rosja poniosła szereg klęsk na froncie austriacko-niemieckim i po ponad dwóch latach kompromitacji dowództwa doszło do buntu żołnierzy. Oczywiście sytuację wykorzystał niemiecki wywiad, podsyłając na zrewoltowane tereny Lenina. Nie zmienia to faktu, że rosyjskie pucze wywołane są pewnym schematem zdarzeń. Podobnie było w latach dziewięćdziesiątych. Kryzys państwa, klęska militarna w Afganistanie i wreszcie próba przewrotu.
Mam markę już nie tylko rusofoba, ostatnio odbieram także obwinienia o germanofobię. Jak kiedyś pisałem, częściowo się z tym zgadzam ze względu na drugą część tych określeń, bo wszak „fobia” to z greckiego lęk, a jako żywo widzę wszelkie racjonalne powody, by się tych dwu nacji bać. Ten syndrom dla pokolenia urodzonego w niecałe 10 lat po wojnie był dość naturalny, ale ewoluował i chcę teraz sine ira et studio przeanalizować – swój?, nasz? – stosunek do współczesnych Niemiec i Niemców.
Oglądając spotkania Donalda Tuska z jego sympatykami, odnosi się wrażenie, że są to seanse jakiejś sekty. I nie trzeba być psychiatrą, aby w mentalności i zachowaniu uczestników tych spotkań zauważyć objawy występujące w zaburzeniach psychicznych.
W kontekście ostatniej haniebnej wypowiedzi następcy Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego EPL Manfreda Webera warto przypomnieć słowa wiceszefowej PE Katariny Barley, – Niemki i socjalistki, że tylko „zagłodzenie finansowe” rządów Polski i Węgier może przemówić im do rozsądku w kwestii praworządności.
Okazuje się, że jednak zapora na granicy z Białorusią była potrzebna. Jedni posłowie opozycji przyznają rację rządowi i mówią, że zmienili zdanie, drudzy udają, że wcale przeciwko niej nie protestowali. W zasadzie tylko takie przypadki jak panie Ochojska i Thun jeszcze nie zdołały odwołać swych wcześniejszych wypowiedzi na ten temat.
Redaktorzy naczelni kilkudziesięciu tytułów protestują przeciwko ograniczeniu wolności mediów i zakusom PiS, które – jak przekonują redakcje od „Rzeczpospolitej” po RMF FM i Onet – chce dokonać zawłaszczenia prywatnych podmiotów.
Im bliżej planowanego w dniach 11–12 lipca szczytu NATO w Wilnie, tym więcej niepokojących sygnałów dociera zarówno z Rosji, jak i Białorusi.
W ujawnionym przez auto- rów serialu dokumentalnego „Reset” stenogramie rozmowy Tusk–Bush najbardziej szokuje to, co w tej kluczowej rozmowie nie padło.
Z powodu uzależnienia PRL od Związku Sowieckiego polski sek- tor zbrojeniowy w III RP w dużej mierze opierał się na rosyjskich technologiach i podzespołach sprowadzanych z krajów byłego ZSRS, głównie Rosji.
Niezależnie od zastrzeżeń metodologicznych do tzw. sondażu obywatelskiego trudno brać jego wyniki na poważnie. Zleceniodawcom tak bardzo zależy na stworzeniu wrażenia bezalternatywności jednej listy opozycyjnej dla wszystkich ugrupowań i wyborców niegłosujących na PiS czy Konfederację, że nie dbają nawet o pozory wiarygodności.